Artykuł

Katarzyna Jędruszczak

Katarzyna Jędruszczak

Świat prywatnych spraw


Długo prywatność nie była hołubiona przez badaczy. Powszechnie akceptowane uznanie człowieka za „istotę społeczną” skłaniało psychologów raczej ku analizie potrzeby afiliacji, aprobaty społecznej, tożsamości społecznej, tego, jak obecność innych wpływa na motywację jednostki (np. inhibicja, facylitacja, próżniactwo społeczne) albo, jakie skutki dla jednostki może przynosić brak innych osób lub bodźców w ogóle (deprywacja sensoryczna).

Przyglądano się takim zjawiskom, jak wstyd czy zakłopotanie – ale ujmując je jako emocje społeczne. Oczywiście badacze zauważali rozdźwięk między tym, co publiczne i prywatne, analizowali „człowieka w teatrze życia codziennego” (żeby użyć metafory Goffmana), niemniej punkt ciężkości zawsze był przesunięty w stronę jednostki jako elementu struktury, organizacji.

Równolegle powstawał dorobek psychologii osobowości. Pośród poruszanych w jego obrębie zagadnień, wyłoniło się kilka konceptów, które - choć literalnie tego nie deklarowano – stanowić mogą zaplecze rozwoju psychologii prywatności (m.in. wymiary ekstra- i introwersji, tożsamość, samoświadomość, samowiedza).

Mający amerykańskie korzenie nurt badań nad prywatnością zapoczątkował tendencję do zwracania uwagi na niedoceniany dotąd aspekt życia człowieka. Pojawienie się problematyki prywatności nie wywołało ani nie rościło sobie prawa do dokonania rewolucji w psychologii. Stało się komplementarnym uzupełnieniem i - wydaje się - że ma potencjał, aby wnieść jeszcze wiele wiedzy teoretycznej dotyczącej funkcjonowania człowieka, a i praktycznych rozwiązań służących poprawie jakości życia, przydatnych w terapii, wychowaniu i na co dzień, w relacjach interpersonalnych.

„Świat prywatnych spraw”, o ile jawi się jako sfera oczywista, o tyle pozostaje niewdzięcznym „materiałem badawczym” z racji na swą istotę: jak badać rzeczy, które z założenia nie są przeznaczone dla nikogo poza ich posiadaczem? Te trudności rekompensują interesujące odkrycia albo - wystarczająca dla niektórych badaczy – nagroda w postaci nadziei (skądinąd chyba zawsze towarzyszącej zaglądaniu w prywatność), że na pewno podejrzymy coś niebywałego.

Najczęściej przypominamy sobie o potrzebie prywatności, gdy jest ona zagrożona lub czujemy, że mamy jej zbyt mało


Zagrożenie to może być krótkotrwałe i „drobne” (np. ktoś wszedł do kabiny WC, którą zajmowaliśmy) lub silniejsze - lecz wciąż na „domowa skalę” (np. ktoś przeczytał nasz pamiętnik czy korespondencję). Niemniej prawdziwy alarm podnosimy, gdy sprawy stają się globalne. Najnowszym przykładem jest pragnienie amerykańskich służb ochrony państwa, aby posiadać odciski palców także Polaków wjeżdżających do USA; raz po raz powtarzają się prośby rodziców o umieszczanie kamer w szkole celem monitorowania ich pociech; dalej: sprawy kamer w przymierzalniach w sklepach (czy w ogóle w lokalach użytku publicznego). Takie przypadki budzą nasz niepokój, czujemy, iż nasza wolność jest zagrożona. Niemniej na podstawie wstępnych wyników swoich badań mogę zasugerować, iż gdyby dokonać „ważenia” to, okazałoby się – paradoksalnie - że stosunkowo mało (choć zakres naruszenia prywatności jest tu stokroć większy) martwimy się niebezpieczeństwami, jakie niosą nowe technologie (np. w zakresie ustalania naszego położenia, podsłuchiwania, „zbierania” naszych sms-ów, śledzenia poczty elektronicznej czy tego jakie witryny odwiedzamy w sieci). Od czasu do czasu zastanawiamy się, jakim celom mogą służyć nasze dane osobowe i czy są pod dobrą opieką, jak zostanie rozwiązana sprawa kodu genetycznego albo czy firmy ubezpieczeniowe nie „konsultują się” na temat naszego stanu zdrowia z naszym lekarzem.

Ludziom bardziej doskwiera to, co bezpośrednio dotyka ich prywatności. Jako przykłady naruszenia prywatności przypominają sobie w pierwszym rzędzie właśnie te drobne incydenty. Co do tych globalnych, to są ich świadomi i oczekują regulacji prawnych i odgórnych zabezpieczeń. Dopiero, kiedy dana osoba to, co ogólnoświatowe włączy w poczet swoich „zasobów prywatnych podlegających ochronie”, wówczas dotkliwej odczuwa naruszenie tak „zaadoptowanej” prywatności.

Inne moje badania wskazały, że mężczyźni i kobiety tak samo cenią prywatność, a nasilenie tej potrzeby nie łączy się z jakimś specyficznym układem cech osobowości jednostki czy konstelacją pozostałych potrzeb, ani z czynnikami sytuacyjnymi (np. warunki mieszkaniowe - czy osoba dzieli z kimś pokój, czy mieszka w mieście czy na wsi). Potrzeba prywatności nabiera zatem znamion uniwersalności, powszechności. Co więcej, badani dokonując oceny jej ważności umieszczają ją bardzo wysoko w hierarchii, niekiedy nawet jako jedną z najważniejszych swoich potrzeb. Naruszenie prywatności jest odczuwane najczęściej jako uczucie upokorzenia, złości, zakłopotania. Czasem skłania jednostkę ku zachowaniom agresywnym albo wywołuje dyskomfortowe poczucie bezradności.

Jesteśmy (chcemy być?) obserwowani


Możliwości są dwie: albo sami „oddajemy się” pod taką obserwację (chcemy tego) albo jesteśmy obserwowani: bez naszej wiedzy, bez naszego przyzwolenia lub nawet wbrew niemu. W pierwszym przypadku natychmiast przychodzi na myśl skojarzenie z obrazem tłumu kandydatów pragnących wziąć udział w programach typu Big Brother, reality show, talk show i tym podobnych. (Notabene, nikt spośród ponad 400 moich respondentów nie zadeklarował chęci udziału w żadnej z wymienionych inicjatyw medialnych, a niemal wszyscy wypowiadając się o uczestnikach, podkreślali, iż kierują nimi „płytkie” motywy – chęć zdobycia pieniędzy i sławy).

Druga z wymienionych możliwości dotyczy nas jako niedobrowolnego lub nieświadomego przedmiotu inwigilacji. Tylko w 2001 roku odnotowano 10-krotny wzrost sprzedaży urządzeń inwigilacyjnych, choć dane sprzedażowe obejmowały jedynie aukcje internetowe, a tendencja ta bezustannie rośnie. I większość dochodów tych firm pochodziło z zamówień... prywatnych. Coraz powszechniej jesteśmy obserwowani – zwłaszcza w pracy, na ulicach, w sklepach, ale coraz częściej i we własnym domu.

Popyt na pluskwy, mikrokamery, mikromikrofony, podsłuchy, urządzenia naprowadzające i inne oznacza nie tylko tyle, iż prywatność jednostki jest coraz bardziej szargana i zagrożona, lecz także, że coraz więcej osób nasza prywatność tak bardzo (i coraz bardziej) interesuje. I zwykle nie są to szpiedzy i agenci, ale ludzie tacy jak my. Powstrzymajmy się tymczasem od rachunku sumienia pod kątem motywów ludzkiego wścibstwa, ciekawości i tym podobnych, poprzestając na założeniu, iż:

Podglądamy, plotkujemy, chcemy wiedzieć o innych


Polskie prawo nie zabrania handlu urządzeniami do podglądania czy do podsłuchiwania. Jednak używać ich można tylko pod warunkiem uzyskania zgody osoby inwigilowanej. Ta jednak często pozostaje nieświadomą ofiarą. Najtańszą pluskwę można kupić za niespełna 20 złotych, duży popyt jest również na kupowane jako prezenty breloczki, zegarki, długopisy. Przy czym mają one dodatkową zaletę: wmontowany podsłuch. Zabawa w szpiega to na szczęście wciąż rozrywka stosunkowo nielicznych.

Na co dzień towarzyszą nam nieco inne formy zaglądania w życie innych. Podczas spotkania ludzie zwykle rozmawiają o kimś trzecim. Nie spada oglądalność programów realisty i sprzedaż czasopism plotkarskich – to również musi oznaczać, że są one poszukiwanym towarem.

Można zatem przypuszczać, iż równolegle współwystępuje potrzeba ochrony prywatności, jak i naruszania prywatności... tej cudzej. Niewątpliwie istnieją duże różnice interpersonalne w nasileniu i wzajemnych proporcjach tych dwu motywów. Czy jest to związek nierozerwalny? Jaka jest jego dynamika i czemu może służyć? Być może stawką jest tu wywieranie wpływu, kontrola. Te kwestie pozostają, jak dotąd, ani nie rozstrzygnięte ani nie opisane w satysfakcjonujący sposób.

Mamy do czynienia z bezustannym przepływem wiedzy „ja-inni”. Fragmentem tej złożonej transakcji jest regulacja prywatności jednostki.


Przepływ informacji na linii „jednostka-otoczenie” stanowił zrąb wielu klasycznych teorii psychologicznych. I wydaje się być kapitalny także do opisu potrzeby prywatności człowieka. Moi respondenci proponując swoją definicję prywatności niemal zawsze odwoływali się do jakiejś formy takiej transakcji informacyjnej. Można powiedzieć, że ów rezultat współgra z zaproponowną przez profesor Petronio Theory of Privacy Information Management, która mówi, iż prywatność jest tym, co jednostka posiada i spodziewa się kontrolować.

Jako innego modelu można by użyć okna Johari. Graficznie jest to kwadrat podzielony na ćwiartki opisane jako: „znane mi i znane innym”, „nieznane mi i znane innym”, „nieznane mi i nieznane innym” oraz „znane mi i nieznane innym”. Okno Johari jest wykorzystywane głównie do opisu dynamiki grupy i otwartości jednostki w tej grupie – ponieważ proporcje ćwiartek wewnątrz kwadratu się zmieniają w czasie. Równie dobrze można skorzystać z okna Johari do zobrazowania prywatności, która byłaby tutaj zoperacjonalizowana jako „znane mi i nieznane innym”. Choć na pierwszy rzut oka analogia zdaje się być trafna, jest to w istocie zbyt radykalna redukcja. Otóż, badani percypują swą prywatność nie tyle jako te treści, których nie wyjawiają, ale jako swoisty mechanizm, zasadzający się na kontroli i swobodzie decyzyjnej w zakresie tego, co, komu, kiedy chcą wyjawić (niemniej istnieją konkretne treści, tematy, które jednostka traktuje jako prywatne). Poczucie prywatności sprowadza się do zarządzania informacjami o sobie, bezustanego definiowania i segregowania tego, co niedostępne dla otoczenia (tj. prywatne).
Takie ujęcie prywatności, nawet po uwzględnieniu sugerowanych poprawek, nie wytrzymuje weryfikacji, obnażając swe zbytnie uproszczenie i pominięcie ważnych wątków.

Dla badaczy prywatność jest fenomenem cokolwiek bardziej złożonym aniżeli „zwykły” przepływ informacji od „ja” do „inni”


Najkrócej ujmując, autorzy (np. Westin, Pedersen, Marshall) wskazują na wielowymiarowość prywatności, wymieniając takie jej „odmiany” jak: anonimowość, odosobnienie, izolacja, rezerwa, intymność (z rodziną, przyjaciółmi, sąsiadami). Jednak co do ilości i rodzajów tych wymiarów, nie ma między nimi zgody. Są też propozycje analizowania prywatności w odniesieniu do jej aspektów - rozwojowego, środowiskowego i interpersonalnego (koncepcja Laufera i Wolfe) albo sugestie spojrzenia z poziomu bardziej ogólnego – Kelvin opisuje prywatność posługując się terminami władzy (power), kontroli i wyboru. Z kolei starsze koncepcje czerpały z modeli homeostatycznych i wyników badań nad afiliacją (Altman, O’Connor, Rosenblood), definiując prywatność jako stan niskiego zapotrzebowania na „kalorie społeczne”. Najnowsze badania kierują się ku nurtowi informatycznemu (zarządzanie informacjami o sobie).

Co nam daje prywatność? Jakie spełnia funkcje?


Westin, po 40 latach szczegółowych analiz, jako zadania potrzeby prywatności zaproponował: umacnianie autonomii osobistej, ulga emocjonalna („odpoczynek” od napięć życia społecznego), wpływ na kształtowanie samooceny, sposób ograniczania i ochrony komunikacji. Moi respondenci zapytani wprost o to: „co ci daje prywatność?”, w odpowiedziach wskazywali na poczucie bezpieczeństwa, spokój; pisali, że zaspokojona prywatność: „umożliwia bycie sobą”, stanowi „poczucie, że coś jest tylko moje”, „służy mojemu rozwojowi”, „daje mi pewność mojej niepowtarzalności”, itp. Kiedy z kolei zadanie osób ankietowanych polegało na wytypowaniu najważniejszej funkcji prywatności spośród zestawu funkcji zaproponowanych przez Westina, to wyniki rozkładały się następująco: 45% badanych wskazywało na to, że prywatność pozwala im zachować autonomię osobistą, 39%, że prywatność daje im ulgę emocjonalną („odpoczynek” od napięć życia społecznego), 12%, iż prywatność sprawia, że komunikacja jest ograniczona i chroniona, co ustala granice interpersonalne, a tylko 4%, że w pierwszym rzędzie prywatność służy formowaniu samooceny (N=262; sondaż internetowy).

„Dobra” i „zła” prywatność – czy istnieją podstawy takiej dystynkcji?


Na po krótce przybliżone sugestie, postulaty i wyniki badań nad potrzebą prywatności nakłada się dodatkowa, a aktualnie nawet kluczowa moim zdaniem kwestia realiów otaczającego nas świata. To, co zostało odkryte czy opisane na temat prywatności, dotyczy bowiem „normalnej” sytuacji – czyli tych „dobrych” aspektów, jakie niesie dla człowieka prywatność. Tym głównym profitem, jaki w ocenie badanych daje prywatność, jest poczucie autonomii.

A jeżeli przyzwolenie, aby ktoś zachował swoją prywatność stanowi zagrożenie dla innych? Czy terroryści, skazani, przestępcy, mają mieć takie samo prawo do prywatności? Jak zbalansować głód prywatnych informacji o konsumentach, jaki trawi specjalistów od badań rynku, z prawem ochrony danych osobowych? Jak rozstrzygnąć dylemat prawa do prywatności tzw. osób publicznych (co „mamy prawo” wiedzieć o osobach sprawujących urzędy państwowe i dzierżących władzę, czy o idolach i gwiazdach)? Wymienione aspekty to tylko nieliczne drzwi do nadużyć prywatności.

Również my sami, na swój prywatny użytek, możemy w „zły” sposób korzystać z prawa do prywatności, np. gdy w imię ochrony swej prywatności nie wyjawiamy lekarzowi czy terapeucie ważnych informacji o naszym stanie psychofizycznym. Kiedy w prywatności chowamy szkodliwe sekrety, patologie, wstyd, winy, które, gdyby wyszły na światło dzienne, miałyby większą szansę na rozwikłanie. Nie wspomnę o potencjalnym zagrożeniu dla rzetelności wszelkich badań empirycznych, ponieważ jednostka może świadomie dokonywać wyboru zakresu tego, co o sobie wyjawia i na ile się odsłania.

Współczesna psychologia prywatności – możliwe kierunki rozwoju oraz praktyczne znaczenie odkryć tej dziedziny wiedzy


Dotychczasowy status prywatności zdezaktualizował się. Nowoczesne technologie pozwalają zwykłym obywatelom inwigilować się nawzajem na niespotykaną dotąd skalę. W wielu krajach państwo coraz dokładniej kontroluje swoich obywateli. Szczególnie po wydarzeniach 11 września. Pojawia się dylemat: pozwolić na zachowanie prywatności, czy zapewnić lepsze bezpieczeństwo np. żądając większej ilości informacji ze sfery tego, co dotąd zakrywała kurtyna prywatności.

Nagląca jest konieczność nowych regulacji prawnych. Ale dla „szarego” człowieka przemiany dokonują się nie tyle poprzez ustawy i rozporządzenia, co w obrębie norm i zwyczajów. Taka ewolucja (rewolucja?) dotyczy również norm prywatności. Dla większości moich respondentów prywatność była formą kontroli informacji o nich samych, jakie decydują się w danym momencie zaprezentować danemu otoczeniu. Naruszenie prywatności było – z grubsza ujmując – zachwianiem poczucia bezpieczeństwa i uderzeniem w poczucie autonomii (i godności). Odważę się zwrócić uwagę, iż wspomniana informacja (cokolwiek by ten termin nie oznaczał) jest aktualnie najcenniejszym „surowcem” handlowym. „Kupcem” są specjaliści od badań rynkowych (a za nimi wszelkie korporacje biznesowe), twórcy reklam, media, firmy ubezpieczeniowe, służby bezpieczeństwa, politycy i rzesze innych. Niestety są nimi też przestępcy, terroryści.

Jak pogodzić kwestię naruszania prywatności, które jest ciosem w poczucie bezpieczeństwa jednostki z argumentowaniem, iż ów zabieg ma na celu właśnie zapewnienie bezpieczeństwa? Jak oddzielić tych, co mają prawo do ochrony prywatności, od tych, w czyją prywatność można (i trzeba) zajrzeć, ponieważ istnieje obawa, iż jest ona źródłem zagrożenia dla bezpieczeństwa innych (np. w przypadku przestępców seksualnych)? Czy drogą, aby osiągnąć ten cel, jest stopniowe przeformułowywanie pojęcia prywatności? A co z nasileniem potrzeby prywatności człowieka? Ono przecież nie ulegnie zmniejszeniu – co więcej może się nawet nasilić (w myśl zasady, iż cenimy wyżej te prawa i przywileje, które są nam odbierane). Jak nie godzić w wolność i autonomię jednostki, a jednocześnie gwarantować większe poczucie ogólnospołecznego bezpieczeństwa?

Pojawia się zatem kolosalne wyzwanie dla badaczy dziedzin zajmujących się poznaniem człowieka, ażeby włączyli się do tego procesu przeobrażeń i do tej dyskusji nad statusem prywatności. Tylko wówczas mamy szanse na lepszy kompromis.



    Autorka jest doktorantką w Katedrze Psychologii Emocji i Motywacji Wydziału Nauk Społecznych KUL. Pracuje również jako trener umiejętności społecznych i jako doradca zawodowy.
    Zobacz też: strona domowa Autorki.






Oceń artykuł:


Skomentuj artykuł
Zobacz komentarze do tego artykułu