Artykuł

Józef Maria Bocheński

Józef Maria Bocheński

Prawo


Dziś chciałbym się zastanowić nad prawem. Nie mam tu na myśli praw, które uchwala parlament i które znajdują zastosowanie w sądach, lecz prawa w naukowym znaczeniu tego słowa - na przykład prawa fizykalne, chemiczne, biologiczne - ale przede wszystkim prawa czystych, oderwanych nauk, jak rozmaitych gałęzi matematyki.

Że takie prawa istnieją, wie każdy. I że mają one wręcz niezwykłe znaczenie dla życia ludzkiego, też powinno być jasne. Wszak prawem jest to, co ustala nauka i dzięki czemu stworzyła naszą technikę. Prawem jest to co jasne, co pewne, co jest ostatecznym oparciem dla każdego rozumnego działania. Gdybyśmy nie znali żadnych praw przyrody, żadnych praw matematycznych, bylibyśmy po prostu barbarzyńcami, bezbronnymi istotami, zdanymi na władanie sił przyrody. Jest zaledwie przesadą, kiedy stwierdzam, że niewiele spraw jest dla nas tak życiowo ważnych, jak prawa. Są to między innymi, a może przede wszystkim, matematyczne, czyste prawa.

Spotykamy nieraz ludzi gotowych do posługiwania się jakimś narzędziem, choć nie mają zielonego pojęcia o tym, jak jest zbudowane. Znam reporterów radiowych, którzy nie wiedzą nawet, czy ich mikrofon jest kondensatorowy czy inny - i kierowców, którzy o swoich samochodach wiedzą tylko, gdzie jest starter. Wydaje mi się nawet, że liczba tych, że tak powiem, automatycznych ludzi, którzy ze wszystkiego korzystają i niczego nie rozumieją, coraz bardziej wzrasta. Wręcz niepokojący jest fakt, że tylko bardzo nieliczni radiosłuchacze zainteresowali się budową tego istnego cudu techniki, odbiornika [1].

Ale nawet gdyby niemal wszyscy stracili jakiekolwiek zainteresowanie dla urządzeń technicznych, to mimo wszystko, wolno ufać, że z prawem rzecz ma się inaczej. Bo prawo to nie tylko narzędzie. Prawo sięga głęboko w nasze życie - jest podstawą naszej kultury; jest, jak się rzekło, czynnikiem jasności i rozumności naszego widzenia świata.

Dlatego sądzę, że powinniśmy choć raz postawić sobie pytanie: czym jest prawo?

Wystarczy sobie to pytanie postawić i trochę się nad nim zastanowić, aby zrozumieć, że prawo to coś szczególnego i osobliwego. Można to wykazać, jak sądzę, najlepiej w następujący sposób:

Świat, który nas otacza, składa się z wielu bardzo różnych rzeczy, ale wszystkie te rzeczy - byty, jak mówią filozofowie - posiadają pewne wspólne cechy. Pod nazwą "rzecz" albo "byt" rozumiem tutaj w ogóle wszystko, z czym można się spotkać w świecie - na przykład ludzi, zwierzęta, góry, kamienie i tak dalej. Rzeczy te posiadają między innymi następujące, wspólne właściwości:

Po pierwsze, znajdują się w jakimś miejscu - ja na przykład jestem we Fryburgu i siedzę przy swoim biurku. Następnie, istnieją w określonym czasie - dla mnie to dzisiaj jest poniedziałek, godzina dwunasta. Po trzecie, nie znamy ani jednej rzeczy, która by nie powstała w jakiejś określonej chwili, i wiemy, że każda rzecz przemija. Nadchodzi czas, kiedy znika. Po czwarte, wszystkie podlegają zmianom - raz człowiek jest zdrowy, innym razem chory - raz drzewo jest małe, potem staje się wielkie i tak dalej. Po piąte, każda z tych rzeczy jest jednostkowa, indywidualna. Ja jestem mną i nikim innym, ta góra jest dokładnie tą górą i żadną inną. Wszystko, co jest na świecie, jest indywidualne, jednostkowe.

Wreszcie, i to jest bardzo ważne, wszystkie znane nam w świecie rzeczy są tego rodzaju, że mogłyby być inne, i mogłyby też nie istnieć. Niektórzy ludzie uważają się wprawdzie za koniecznych, ale to jest błąd: mogliby także nie istnieć i to prawdopodobnie bez większej szkody dla całości.

Znamiona każdej rzeczy istniejącej w świecie są więc takie: każda z nich istnieje w pewnej przestrzeni, w jakimś czasie; każda powstaje, przemija, zmienia się, jest jednostkowa i nie jest konieczna. Taki jest świat; albo przynajmniej wydaje się, że jest taki.

I oto w tym przytulnym, czasowo-przestrzennym, przemijającym i złożonym z samych jednostkowych rzeczy świecie - zjawia się prawo. A to prawo nie ma żadnego z wyżej wymienionych znamion - ani jednego.

Bo, po pierwsze, nie ma sensu twierdzić, że matematyczne prawo istnieje w jakimś miejscu; jeżeli istnieje, to istnieje wszędzie jednocześnie. Wprawdzie tworzę sobie obraz tego prawa w moim umyśle, ale jest to jedynie obraz. Prawo nie jest tym samym, co obraz, lecz jest czymś, co jest poza nim. I to cos znajduje się poza wszelką przestrzenią.

Po drugie, prawo wykracza również poza czas. Nie ma sensu twierdzić, że jakieś prawo powstało albo przestało istnieć wczoraj. Zapewne, zastało poznane w jakiejś określonej chwili i być może, że w innej chwili okaże się, że było prawem fałszywym - to jest, że w ogóle nie było prawem; ale samo prawo jest bezczasowe.

Po trzecie, nie podlega i nie może podlegać żadnej zmianie. Że dwa razy dwa to cztery - pozostanie przez całą wieczność bez zmiany; wyobrażać sobie w nim taką zmianę nie ma sensu.

Wreszcie - i to jest najbardziej osobliwe - prawo nie jest żadnym indywiduum, nie jest jednostkowe, jest ogólne. Znajdujemy je to tu, to tam, to znowu gdzie indziej, i tak bez końca. Odkrywamy na przykład, że dwa dodać dwa równa się cztery nie tylko na Ziemi, ale i na Księżycu - i że w niezliczonych przypadkach zetknęliśmy się z dokładnie tym samym - podkreślam - dokładnie tym samym prawem.

Z tym wiąże się rzecz najważniejsza. Prawo jest konieczne, tzn. to, co ono wyraża, nie może być inne niż ono mówi: tak zwane prawa prawdopodobieństwa stwierdzają wprawdzie, że coś się zdarza z takim lub innym prawdopodobieństwem - ale koniecznie zdarzać się musi właśnie z takim, a nie innym prawdopodobieństwem. Jest to rzecz niezwykła, jedyna w swoim rodzaju. Z czymś takim poza prawem nie spotykamy się nigdzie w świecie; bo w świecie, jak się rzekło, wszystko co jest, to fakty, które mogłyby być również inne.

Tak wyglądają fakty, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Bo prawa przecież są, i jak się zdaje, są takie, jakeśmy powiedzieli.

Ale, jak już zaznaczyliśmy, są to fakty osobliwe. Świat, nasz świat, z jakim stykamy się na co dzień, wygląda zupełnie inaczej niż te prawa. Jest wielobarwny i mieści w sobie, ze tak powiem, rozmaite gatunki przedmiotów, ale wszystko, co w nim zawarte, ma znane nam cechy bytów przestrzennych, czasowych, przemijających, indywidualnych i niekoniecznych.

Co robią w tym świecie owe nieprzestrzenne, ponadczasowe, ogólne, wieczne i konieczne prawa? Czy nie są podobne do upiorów? Czy nie byłoby prościej, gdyby je można było w jakiś sposób wymazać, usunąć ze świata, tak, by w końcu gruncie rzeczy nie były niczym innym, jak całkiem zwykłymi rzeczami? To jest pierwsza myśl, która się nasuwa, gdyśmy sobie uświadomili, iż prawa w ogóle istnieją. I z nią powstaje zagadnienie filozoficzne.

Dlaczego jest filozoficzne? Odpowiedź brzmi: dlatego, że wszystkie inne nauki z góry zakładają ów fakt, iż prawa powinny istnieć. Nauki te formułują prawa, doszukują się ich, badają je, ale czym jest prawo, to je nie interesuje. A przecież wydaje się, że pytanie nie tylko ma sens, ale jest ważne. Bo z przyjęciem prawa wkracza w nasz świat jakiś swoisty zaświat. A zaświat jest, wiadomo, nieprzyjemny - ma w sobie coś upiornego. Dobrze by było, gdyby człowiek mógł się uwolnić od tych praw przez odpowiednie wyjaśnienie.

W rzeczy samej, nie brak takich. Można, na przykład, mniemać, że prawa to wytwory naszego myślenia. Wtedy świat składałby się, że tak powiem, wyłącznie z rzeczy. Nie można by się w nim było doszukać żadnych praw, które byłyby tylko fikcjami naszego myślenia. W tym przypadku prawo istniałoby jedynie w myśli naukowca - na przykład matematyka albo fizyka. Byłoby cząstką naszej świadomości.

W rzeczy samej propozycję takiego rozwiązania wysuwano nieraz - uczynił to między innymi wielki filozof szkocki, David Hume. Był om zdania, że wszystkie prawa zyskują swą konieczność jedynie stąd, że człowiek się do nich przyzwyczaja. Oto na przykład, jeżeli się często stwierdzało, że dwa razy dwa jest cztery, to człowiek przyzwyczaja się do tego. Przyzwyczajenie staje się drugą naturą - człowiek już nie potrafi myśleć inaczej niż tak, jak się do tego przyzwyczaił. Podobnie Hume i jego zwolennicy tłumaczą inne domniemane właściwości prawa. Wynik ich analizy jest taki, że w końcu nie ostaje się żadna z nich; prawo jawi się jako coś, co doskonale odpowiada naszemu poczciwemu czaso-przestrzennemu, przemijającemu i jednostkowemu światu.

Tyle o pierwszej z możliwych interpretacji. Spróbujmy się jej przyjrzeć trochę dokładniej, Trzeba przyznać, że jest w niej coś sympatycznego, że tak powiem, ludzkiego: pozwala nam bowiem usunąć ze świata prawa z ich nieprzyjemnymi, upiornymi właściwościami. A i uzasadnienie wydaje się naprawdę rozsądne; jest przecież faktem, że łatwo przyzwyczajamy się do rozmaitych rzeczy, by potem działać jak pod przymusem. Pomyślmy tylko o przymusie odczuwanym przez palacza papierosów!

A jednak przeciwko takiemu rozwiązaniu nasuwają się różne, ważne zastrzeżenia.

Po pierwsze, każdy spostrzeże, że nie tłumaczy ono przynajmniej jednego faktu, a mianowicie tego, że prawa w świecie naprawdę obowiązują. Weźmy taki przykład: inżynier budujący most dokonuje obliczeń opierając się na mnóstwie praw matematycznych i fizykalnych, Gdyby zatem przyjąć, jak to czyni Hume, że wszystkie te prawa są tylko przyzwyczajeniami człowieka, to powstaje pytanie, jak to możliwe, że most, który obliczony został według właściwych praw, stoi mocno, a załamuje się, kiedy inżynier przy obliczaniu popełnił błędy?

W jaki sposób mogą przyzwyczajenia człowieka mieć tak rozstrzygający wpływ na ową wielką masę betonu i żelaza? Wygląda na to, że prawa tkwią w myślach inżyniera jakby tylko wtórnie, jakby na drugim planie - że w pierwszym rzędzie odnoszą się one do świata, do betonu i żelaza, zupełnie niezależnie od tego, czy ktoś na ich temat coś wie, czy nie. Dlaczego miałyby mieć to znaczenie, jeżeli są tylko tworami myślowymi?

Tę wątpliwość można by było ominąć, gdyby się powiedziało, że sam świat jest wytworem naszych myśli, że to my narzucamy światu nasze własne prawa. Ale jest to rozwiązanie, które zwolennikom Hume'a - pozytywistom - i w ogóle większości ludzi, wydaje się wręcz niesamowite. O tej możliwości pomówimy jeszcze, kiedy zajmiemy się teorią poznania. Tymczasem wolno nam jednak założyć, że tylko nieliczni by ją przyjęli, i to pozwala nam nie zajmować się nią tutaj.

To jest nasza pierwsza wątpliwość. Ale jest jeszcze i druga. Samo przeniesienie praw w sferę myśli jeszcze niczego nie załatwia. Wprawdzie nie ma ich już w świecie zewnętrznym, tym niemniej nadal zachowują swą ważność w naszej duszy. Tymczasem dusza ludzka, ludzkie myślenie i w ogóle wszystko co ludzkie, jest też częścią świata i ma wszystkie cechy bytu ziemsko-rzeczowego.

Spotykamy się tu po raz pierwszy z tym dziwnym stworzeniem, którym jesteśmy my sami: z człowiekiem. Jeszcze nie pora, by rozmyślać o nim - ale chciałbym już w tym miejscu jedno o nim powiedzieć, i to z całą stanowczością, na jaką mnie stać. Bo w tej sprawie na drodze do poprawnego zrozumienia naszego problemu stanęły całe góry nieporozumień [2].

To, co chciałbym powiedzieć, brzmi tak: w człowieku znajdujemy wiele rzeczy jedynych w swoim rodzaju, jakich nie ma w pozostałej przyrodzie. Ogół tych cech swoistych, od reszty przyrody odmiennych, zwykło się nazywać "duchem". Otóż duch jest na pewno interesującym, pasjonującym przedmiotem filozofowania; ale choć jest tak różny od wszystkiego innego w świecie, to i tak pozostaje - a z tym wszystko, co w nim tkwi - częścią świata, przyrody, przynajmniej w tym sensie, że dokładnie jak wszystko pozostałe, jak ten kamień, jak to drzewo przed moim oknem, jak moja maszyna do pisania, jest czasowy, przestrzenny, zmienny, nie-konieczny i jednostkowy. Duch ponadczasowy - to przecież nonsens. Może będzie trwał wiecznie, ale, o ile go znamy, właśnie trwa, a to znaczy, że jest rzeczą czasową. To prawda, że potrafi ogarniać rozległe przestrzenie, ale wszystkie duchy, jakie znamy, są związane z ciałem, a przez to przestrzenne. Przede wszystkim jednak duch nie ma w sobie niczego koniecznego - mógłby równie dobrze nie istnieć. Mówienie o jakimś wszechduchu nie ma sensu: każdy duch jest zawsze duchem jednego człowieka. W żadnym wypadku nie może się znajdować w dwu ludziach, tak jak kawałek drewna nie może się jednocześnie znajdować w dwóch miejscach.

Ale, jeżeli tak jest - nasz problem nie tyle został rozwiązany, ile odsunięty: jeśli prawa istnieją w naszym duchu to trzeba jeszcze wyjaśnić, czym one właściwie są. Bo częścią naszego ducha na pewno nie są. Są być może, w duchu, ale tylko w tym sensie, że on je poznaje. I dlatego muszą w jakiś sposób istnieć poza nim.

Tak więc przeniesienie prawa w sferę ducha przyczynia się w bardzo nikłym stopniu do wyjaśnienia stanu rzeczy, a wywołuje przynajmniej jedną nową i wielką trudność: trzeba dodatkowo wytłumaczyć, dlaczego jakieś tylko do sfery ducha należące prawo, tak ściśle rządzi światem zewnętrznym.

Z tej racji większość filozofów poszła inną drogą. Droga ta sprowadza się w zasadzie do tego, że stwierdza się po prostu, iż prawa są czymś niezależnym od nas, niezależnym od naszego ducha i naszego myślenia, Wysuwa się zatem twierdzenie, że są one w jakiś sposób poza nami, albo - jeśli wola - obowiązują niezależnie od nas, że my ludzie tylko lepiej lub gorzej je poznajemy, ale ich nie tworzymy, tak jak samym naszym myśleniem nie możemy stworzyć kamieni, drzew i zwierząt. Zakładając to, mówią ci filozofowie dalej, że prawa tworzą całkiem inny, odrębny gatunek bytu.

Z tego punktu widzenia istnieje więc w rzeczywistości - nazwijmy to tak - oprócz rzeczy, oprócz tego, co realne, jeszcze coś innego, a mianowicie owe prawa; ich sposób bycia zwykło się nazywać idealnym. Mówi się, że prawa są bytami idealnymi. Innymi słowami, mamy dwa podstawowe rodzaje bytu - byt realny i byt idealny.

Nie bez znaczenia jest, że wymienione dwie interpretacje prawa - pozytywistyczna i, powiedzmy, idealistyczna w najszerszym znaczeniu tego słowa - bardzo niewiele mają wspólnego ze sporem wielkich światopoglądów. Tak, na przykład, chrześcijanin z tytułu swojej wiary wcale nie jest związany z tego rodzaju idealizmem. Wierzy, że istnieje Bóg i nieśmiertelna dusza, lecz jego wiara wcale nie zobowiązuje go do wierzenia w byt idealny. Spór nie jest więc sporem światopoglądowym; wchodzi całkowicie w zakres filozofii.

Ale wracając jeszcze do naszej sprawy, warto powiedzieć, że ci, którzy uznają ów inny sposób bytowania prawa, czyli bytu idealnego, dzielą się na rozmaite szkoły, zależnie od tego, jak pojmują ów byt idealny. To stanie się jasne, gdy postawimy sobie pytanie, co należy rozumieć przez "istnienie" bytu idealnego, jak je trzeba sobie wyobrazić. Mamy tu trzy najważniejsze odpowiedzi.

Jedna brzmi: byt idealny istnieje niezależnie od bytu realnego, że tak powiem, sam przez się; tworzy szczególny świat przed i ponad światem rzeczy. W tym idealnym świecie oczywiście nie ma żadnej przestrzeni i żadnego czasu, żadnej zmiany i żadnej czystej faktyczności - wszystko jest wieczne, czyste, niezmienne i konieczne. Ten pogląd często przypisuje się twórcy naszej europejskiej filozofii, Platonowi. To on po raz pierwszy postawił zagadnienie prawa i w powyższy sposób je rozstrzygnął.

Według innego rozwiązania byt idealny owszem istnieje, ale nie w oddzieleniu od bytu realnego - lecz wyłącznie w bycie realnym. Ściślej mówiąc, w świecie istnieją tylko pewne struktury, pewne jakby powtarzające się budowy rzeczy, które zwie się istotami, a umysł ludzki potrafi z nich odczytać prawa. Sformułowane prawa występują jedynie w naszym umyśle - ale mają podstawę w rzeczach, i dlatego obowiązują w świecie. Takim jest, w skrócie, rozwiązanie Arystotelesa, wielkiego ucznia Platona, twórcy większości nauk.

Wreszcie istnieje i trzeci pogląd, o którym już napomknąłem przy krytyce pozytywizmu; nie przeczy, iż prawa są idealne, ale jest zdania, że byt idealny występuje tylko w umyśle. To, że prawa te obowiązują w świecie, bierze się stąd, iż struktura rzeczy rodzi się przez projekcję tych praw myślowych. Taką była - mówiąc w wielkim skrócie - nauka wielkiego niemieckiego filozofa Immanuela Kanta.

Nie ma słowa przesady w twierdzeniu, że u nas w Europie niemal każdy wybitniejszy filozof skłaniał się ku jednemu z tych trzech rozwiązań - że nasza filozofia w dużej mierze składała się i wciąż jeszcze składa z rozważań nad tymi interpretacjami. Przed laty byłem uczestnikiem dyskusji w znanym amerykańskim uniwersytecie Notre Dame, w pobliżu Chicago, w której udział wzięło ponad stu pięćdziesięciu filozofów i logików. Wszyscy trzej referenci byli logikami matematycznymi, i wszystko, co zostało powiedziane, cechował matematyczno-logiczny, wysoki poziom naukowy. Dyskusja trwała dwa dni i trzy noce, niemal bez przerwy. Dokładnie na temat naszego problemu. Profesor Alonzo Church z Uniwersytetu Princeton, jeden z najwybitniejszych logików matematycznych świata, reprezentował naukę platońską - w zasadzie tak samo, jak bronił jej ongiś sam mistrz na agorze w Atenach. I muszę wyznać - z powodzeniem. Chodzi o odwieczny problem filozofii - z tym tylko, że dla nas ludzi współczesnych, którzy znamy tyle i jakże ważnych praw, jest on może bardziej palący niż dla jakiejkolwiek innej epoki.



    Autor był dominikaninem, profesorem logiki, historykiem logiki i filozofem, uprawiającym filozofię analityczną. Od 1934 uczył logiki na Collegium Angelicum w Rzymie (w latach 1934-1940 był tam profesorem). W 1938 habilitował się na Uniwersytecie Jagiellońskim na podstawie pracy "Z historii logiki zdań modalnych". Od 1945 był profesorem filozofii współczesnej na uniwersytecie we Fryburgu, gdzie w latach 1964-66 był rektorem; kierownikiem Instytutu Europy Wschodniej. Pełnił też funkcję prezesa Światowej Federacji Towarzystw Filozoficznych. Jest jednym z najwybitniejszych współczesnych filozofów, laureatem kilku doktoratów honoris causa, autorem książek, które, jak "Ku filozoficznemu myśleniu", w Niemczech rozeszły się milionowych nakładach. Więcej…

    Artykuł stanowi fragment książki o. prof. Józefa Marii Bocheńskiego - "Ku filozoficznemu myśleniu", wydanej przez Wydawnictwo Antyk - Marcin Dybowski. Opublikowano za zgodą Wydawcy.




Opublikowano: 2015-07-30



Oceń artykuł:


Ten artykuł nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Skomentuj artykuł