Artykuł

Janusz Wróbel

Janusz Wróbel

Emigracja musi boleć, czyli jak sobie radzić z emigranckim stresem


Kiedy o stresie emigracyjnym mówię do amerykańskiej publiczności, staram się uświadomić im, czym jest stres emigranta. Mówię wówczas:

    Wyobraźcie sobie: pewnego dnia pracujecie dla armii Stanów Zjednoczonych w randze oficera. Macie ogólne pojęcie o wojsku, ale nigdy nie odbyliście służby wojskowej. Rozumiecie zaledwie część języka używanego przez waszych kolegów. Oni wiedzą, że jesteście nowi i są gotowi zaoferować wam pomoc, jednakże nie mają pojęcia o zakresie waszej ignorancji. Lub wyobraźcie sobie, że zostaliście wybrani do sztafety w stylu klasycznym na zawody, w których bierze udział wasz uniwersytet. Potraficie pływać tylko żabką, i to tylko tak sobie. Lub, że wasze magisterium zostało zignorowane i zaproponowano wam rozpoczęcie studiów licencjackich. Lub, że jesteście imigrantami w Stanach Zjednoczonych, którzy niedawno przybyli z Polski.

Niektórym z moich Czytelników nie muszę tłumaczyć, czym jest emigracja. Doświadczacie tego stale, bardziej lub mniej świadomie. O fenomenie emigracji napisano rozliczne książki, zarówno w formie literatury pięknej, jak i dokumentalnej lub naukowej. Oto wiersz Czesława Miłosza pt. "Emigrować", który, kierowany w intencji poety do młodych Polaków, miał ich zniechęcić do emigrowania:

    W snach powracają do mnie lata na obczyźnie.
    I tylko wtedy wiem, ile cierpiałem.
    Nasze minione życie jest zakryte,
    Albo zamurowane, jak to robią pszczoły,
    Zalepiając woskiem miejsca uszkodzone.

    Kto potrafiłby istnieć zachowując pamięć
    Wszystkich poniżeń naszej wyniosłej ambicji,
    I pobłażliwych spojrzeń na biedaka,
    Który myśli, że, tak jak w domu, jest tutaj coś wart?

    Gdybym dla młodych układał świadectwo,
    Nie wspomniałbym ni słowem o sukcesie.
    Który owszem, bywa, i jest gorzki.

Nie sądzę, by 50-letnie doświadczenie poety na emigracji mogło powstrzymać trend mocno zarysowujący się w polskiej rzeczywistości. Nie przemawia do młodych Polaków ani wiersz Miłosza, ani też powiedzenie, że emigracja to - amputacja. Czy tak jest istotnie? Gdyby emigracja rzeczywiście sprowadzała się tylko do okaleczenia, pewnie nie czytalibyście tego teraz w Londynie, Dublinie lub w Chicago, bowiem mieszkalibyście w kraju.

Zjawisko emigracji jest złożone, a już szczególnie w oczach emigrantów jest doświadczeniem w pełni osobistym, emocjonalnym, a więc - subiektywnym. Emigracja może być jedną z najlepszych decyzji, jaką kiedykolwiek podjęliśmy, a może być dla niektórych przekleństwem.

Kiedy mówię o emigracji do moich amerykańskich studentów, często porównuję ją do możliwości doświadczenia życia powtórnie. Drugie życie? To oczywiście szansa, ale przecież i też wyzwanie; bowiem narodzić się powtórnie, to uczyć się chodzić i mówić na nowo, przechodzić przez proces ząbkowania jeszcze raz, itd.

Większość emigracyjnych Czytelników tych rozważań wiąże jedna wspólna cecha - podjęliście kiedyś niezwykle odważną i ryzykowną decyzję wyemigrowania z kraju. Zdecydowaliście się w którymś momencie pozostawić za sobą budowane przez wiele lat zaplecze emocjonalne w postaci członków rodziny, przyjaciół, znajomych, języka i kultury, jak również zaplecze materialne, czasami całkiem znaczące. Nie ulega wątpliwości, że emigracja nie jest dla każdego. Wśród moich bliskich znajomych w kraju jest lub było wiele osób, które absolutnie wykluczały możliwość wyjazdu z Polski na stałe.

Spójrzmy na to, co przytrafia się nam w tej, zwykle rozciągającej się na całe życie, podróży?

Na samym początku zwykle przeważa poczucie zamętu emocjonalnego i intelektualnego. Nagle, po latach egzystencjalnej ciszy, stajemy wobec całkiem podstawowych pytań: Kim jestem? Co ja tu robię? Czy to miejsce jest miejscem dla mnie odpowiednim? Przestrzeń, która nas otacza, jest dziwna, jeśli wręcz nie dziwaczna, ludzie, z którymi się kontaktujemy, nie tylko, że nie dzielą z nami naszych wartości, przekonań i tego, w co wierzymy; ale posługują się językiem, który możemy znać, ale którego nie czujemy. Czujemy się natomiast jakbyśmy żyli wewnątrz filmu, jak aktorzy, którzy zmuszeni są wykonywać polecenia ekscentrycznego reżysera filmowego.

Bez względu na te wszystkie dziwne rzeczy, które się nam przytrafiają, jak również i stany, jakich doznajemy, walczymy o przetrwanie. Oczywiście nie tylko o fizyczne. Oto nasze niektóre reakcje wobec stresu, który nieustannie doznajemy.

Po wypełnionym zajęciami dniu wreszcie wracamy do domu, w którym w odróżnieniu od obcości zewnętrznego świata, możemy poczuć się u siebie. Po wypiciu drinka lub dwóch, zasypiamy i w śnie powracamy - do miasta, w którym zwykliśmy mieszkać przez lata, i do języka, za którym tęsknimy. W ten sposób wracamy do swej przyrodzonej normalności. Nawet, jeśli była to zupełnie nienormalna normalność, tak jak to miało miejsce za czasów PRL-u. A później budzimy się do tej samej dziwnej rzeczywistości, którą pozostawiliśmy za sobą wczoraj.

Ze względu na dramatyczną zmianę otoczenia, emigrant doświadcza kryzysu tożsamości. Ale jest i drugi aspekt, z którym musi się zmierzyć emigrant, a mianowicie wymiar etyczny. Od momentu upadku komunizmu, gdy istnieje już możliwość swobodnego powrotu do kraju, emigrant musi się zmierzyć z odpowiedzialnością, która jest pochodną dokonywania wyboru. Oczywiście, wybieramy wszyscy i nieustannie - a jednak decyzja o opuszczeniu kraju lub niepowrocie do niego, należy do kategorii wyborów zasadniczych, warunkujących całe życie osoby wybierającej.

Uważam, że te dwa, związane z emigrowaniem aspekty, tożsamościowy i etyczny, w sposób szczególny predysponują emigranta do zmierzenia się z pytaniami zasadniczymi, typu kim jestem? i po co żyję? Zdaję sobie sprawę, że pytania te, w formie tu przedstawionej, mogą świadomie być nigdy przez emigranta niedoświadczone. A jednak świadomie czy nieświadomie, dotykają wszystkich emigrantów. Konieczność określenia się, choćby przy okazji meczy piłkarskiego Stany Zjednoczone - Polska, jest problemem zarówno tożsamościowym, jak i etycznym, podczas gdy dla Polaka, mieszkającego w kraju, problem taki nie istnieje. Cóż, jedną z zasadniczych różnic pomiędzy nami, a rodakami w kraju, jest prawidłowość, o której warto pamiętać: Polska może się bez Polonii obejść, Polonia bez Polski nie. Oczywiście stwierdzenie to nie neguje w żadnej mierze ogromnej wartości pomocy, między innymi finansowej, emocjonalnej i dyplomatycznej, jakiej Polska zaznała od Polonii w przeszłości. Mówiąc o tym, że kraj się bez nas obejdzie, mam na myśli Polskę dzisiejszą, będącą częścią NATO i Unii Europejskiej.

Kryzys tożsamości: "nie tutaj", "nie teraz", więc kim jestem?


Skupmy się przez moment na kryzysie tożsamości. Rozważmy przez chwilę ten pełen zamętu stan umysłu. Przyjmijmy założenie, iż trzy słowa: "ja - tutaj - teraz" opisują nasze punkty odniesienia w rzeczywistości. Po wyjeździe na stałe z kraju, elementy "ja - tutaj - teraz" ulegają dramatycznej zmianie i przybierają nową formę: "ja - nie tutaj - nie teraz" lub, po prostu "ja - tam - przedtem". Innymi słowy mówiąc, tożsamość emigranta w początkowym okresie emigracji bywa oparta na uprzedniej, przed-emigranckiej tożsamości czasowej i przestrzennej. Co przytrafia się osobie, która doświadcza takiego stanu umysłu?

Sytuacja emigranta jest złożona, mimo wewnętrznego zamieszania egzystencjalnego, musi on działać zgodnie z wymogami otaczającej rzeczywistości. Znaczy to, że w gruncie rzeczy emigrant zmuszony jest w istocie do tego, by wieść podwójne życie: "tutaj" i "tam"; "przedtem" i "teraz" - równocześnie.

Ewa Hoffman bardzo udatnie ilustruje ten fenomen w swej książce Lost in Translation: A Life in s a New Language [1]:

    Czy powinnam zostać pianistką? Pytanie rodzi się w angielskim.
    Nie, nie wolno ci. Nie możesz.
    Czy powinnam zostać pianistką? Jak echo, pytanie powraca w polskim.
    Tak, musisz. Za wszelką cenę.
    Cena będzie zbyt wysoka.
    Nieważna cena. Muzyka jest tym, czym powinnaś się zajmować.
    Po co ten dramatyzm. Mogę grać dla siebie. Dla przyjemności.
    Nie oszukuj się. Chcesz grać dla innych. Chcesz słyszeć oklaski.
    Cóż to za płytkie myślenie.
    To te oczy słuchaczy, którzy właśnie cię wysłuchali...
    Skończy się na recitalach w małych miasteczkach i kolegiach. Zbyt wielu pianistów mamy na świecie grających ten sam, wymęczony repertuar. Cóż mogę jeszcze dodać do tych wszystkich nagrań etiud Chopina?
    Rozum, rozum... Przecież to twoja pasja... Masz przecież zobowiązania wobec samej siebie.
    Żyję tutaj, teraz. Nie mogę po prostu zamknąć oczu i oddać się pasjom, muszę znaleźć sposób na życie.
    Mój Boże, nie wiem. Nie wiem, co powinnaś robić.
    Lubię literaturę. Dobra w tym jestem. Może któregoś dnia będę mogła pisać. Czasami, mam prawie te same świetne...
    Nie te same. Nic nie jest takie same. Cóż innego mogłabyś pokochać tak jak to?
    Ależ pokocham inne rzeczy. Ludzi pokocham. Obiecuję.
    Czy pamiętasz, co czułaś...
    Nie, nie chcę pamiętać...
    Więc czego chcesz? Czego ty chcesz?
    Chcę... Chciałabym nie musieć zmieniać się tak bardzo. Ale muszę. Muszę nadgonić to, co straciłam. Wiesz, że to już jest nie tylko sprawa muzyki.
    Wiem, wiem. Ale to będzie bolało, wyrzeczenie się tego wszystkiego.
    Tak, będzie bolało.
    Ale jakoś sobie poradzimy.
    Tak, jakoś sobie poradzimy.

Przytoczony przykład odnosi się do amerykańskich doświadczeń emigrantki z Polski, ale ma wymiar uniwersalny. Wewnętrzna walka zilustrowana przez Ewę Hoffman jest typowa dla imigrantów z wielu innych kręgów kulturowych.

Kryzys wartości


W dodatku do kryzysu tożsamości, emigrant musi sobie radzić z kryzysem wartości. W najszerszym sensie jest to konflikt pomiędzy europejskimi i amerykańskimi wartościami. W węższym sensie, będzie to konflikt pomiędzy wartościami amerykańskimi i centralno-europejskimi. W najwęższym rozumieniu, będzie to konfrontacja wartości polskich i amerykańskich. Jedną z takich polskich właściwości będzie na przykład wierność hasłu: "Bóg, honor i ojczyzna", które tłumaczy się na wymóg, by Polak ochraniał swą ojczyznę; jeśli to potrzebne, walczył za nią; a jeśli niezbędne, oddał za nią życie. Innym przykładem może być przeświadczenie, żywo podsycane przez komunistyczne władze PRL-u, że ci, którzy wyemigrowali z Polski są zdrajcami, bowiem w istocie rzeczy "opuścili ojczyznę w potrzebie". Wybór dokonany przez, dajmy na to Francuza lub Holenderkę, by mieszkać, na przykład w Kanadzie, nie ma żadnego obciążenia patriotycznego - Polakowi, według omawianego systemu wartości, nie wolno było takiego wyboru dokonać. Dodajmy jeszcze jedną, powodującą stres cechę, a mianowicie pytanie, z którym polski emigrant musi sobie radzić. Pytanie brzmi: co [rodaku] uczyniłeś dla Polski? - śmiem twierdzić, że niektórzy, dzięki temu, że przebywają na emigracji, uczynili dla kraju więcej, niż gdyby pozostali w Polsce - przykładem może być Jan Paweł II lub Zbigniew Brzeziński.

Bardziej trywialny przykład odnosi się do przygotowań do świąt Bożego Narodzenia. Podstawowa różnica tkwi w tym, że Amerykanie skupiają się na oczekiwaniu na to święto, podczas gdy Polacy rozpamiętują je (jeden naród patrzy w przyszłość, drugi jest zapatrzony w swą przeszłość). Innymi słowy mówiąc, w Stanach choinkę ubiera się na początku grudnia i rozbiera tuż po świętach, podczas gdy w polskiej tradycji, dekorowanie powinno mieć miejsce tuż przed Wigilią. Typową reakcją imigrancką jest tendencja, by przestrzegać tradycji wyniesionych z ojczyzny dopóty, dopóki żądaniom dzieci, by robić to na modłę amerykańską, nie sposób się oprzeć i zacząć w ten sposób unikać stygmy ostatniego domostwa na ulicy, które przystraja drzewko. Można by zaryzykować stwierdzenie, że postęp asymilacji polskiego emigranta do amerykańskich warunków ma odbicie w rosnącej ilości dni ubierania choinki przed Wigilią.

Wspomniane cechy wytwarzają często emigranckie poczucie winy, które, gdy dodane do kryzysu tożsamości, nie pomaga emigrantowi w postępach asymilacyjnych.

Kryzys komunikacyjny


Kolejny problem stwarza kryzys komunikacyjny. Rozpocznijmy przykładem, który pochodzi z pola akademickiego. Podczas konferencji na tematy polskie, którą zorganizowałem, gdy doszło do pytań zgłaszanych z widowni, wystąpił mężczyzna, który obwieścił sali w języku angielskim, że, według jego żony, gdy wypowiada się w języku polskim, wydaje się być inteligentnym, elokwentnym i wykształconym dżentelmenem; podczas gdy wypowiadając się po angielsku, stwarza on wrażenie raczej prymitywnego ignoranta. Resztę swych komentarzy wygłosił ów polsko amerykański biznesmen-dżentelmen w języku polskim.

Jedna z przedstawicielek polsko-żydowskiej emigracji do Stanów w latach 60-tych opowiedziała w trakcie cytowanej konferencji historię swych kontaktów z siostrą. Jako młode dziewczyny trafiły z Polski na różne kontynenty: jedna do USA, druga do Izraela. Jedna z nich nauczyła się angielskiego, ale nie zna do dziś hebrajskiego; druga nauczyła się hebrajskiego, ale nie miała okazji poznać angielskiego. Minęło ponad 40 lat i obie panie ciągle używają w swej wzajemnej korespondencji języka polskiego.

Urodzona w Chorwacji amerykańska psychoterapeutka opowiadała z kolei o dużej liczbie klientów pochodzących z Polski. Zapytana, czy zna język polski, odpowiedziała, że nie, i wyjaśniła, że terapię prowadzi po angielsku, jednakże jej pacjenci podkreślają, że potrafi ich lepiej zrozumieć, ze względu na jej umiejętność zidentyfikowania się z europejskim systemem wartości.

Rozumieć i być rozumianym, oto dwa konieczne warunki zakończonej sukcesem komunikacji językowej. Bez znajomości języka, emigranci skazani są na izolację właściwą ich etnicznemu gettu. Język, który nie jest rozumiany, może być znaczącym źródłem frustracji lub prowadzić wręcz do zaburzeń psychicznych. Nic dziwnego zatem, że emigranci są jedną z dwóch grup amerykańskiej populacji, która jest zagrożona najwyższym ryzykiem rozwinięcia paranoi. Drugą grupą są ludzie z zaburzeniami słuchu.

Oczywiście zakończona sukcesem komunikacja wymaga więcej, niż tylko znajomości języka. Emigrant, który jest gotowy na zasymilowanie się, musi nie tylko nauczyć się języka, ale także przystosować swój sposób przyswajania rzeczywistości do nowego języka. By to uczynić, musi zmienić "zwyczaje swego serca".

Proces asymilacji do nowego otoczenia ma złożony charakter i jest odbiciem relacji pomiędzy nowym i starym "tutaj i teraz". Lub jest relacją pomiędzy dwoma współrzędnymi: asymilacją, czyli stopniem utożsamienia się z nową kulturą i tożsamością etniczną, czyli przywiązaniem do swoich korzeni. W zależności od tego, jak kształtuje się relacja między tymi współrzędnymi, można wyróżnić cztery grupy zachowań, typowych dla postaw emigrantów. Oczywiście podział ten, oparty na modelu J.W. Berry'ego, jest umowny, nie wyczerpuje wszystkich możliwości i jak każdy podział, jest w pewnej mierze sztuczny. Używam go, by uporządkować i wskazać na pewne prawidłowości. Spójrzmy teraz z bliska na wymienione poniżej, cztery grupy:

  • Asymilańci mają niskie wyobrażenie o swojej kulturze, chcą zasymilować się za każdą cenę, posługują się w domu angielskim (nawet, jeśli jest to łamana wersja) eliminując polski. Usiłują zminimalizować wpływ kultury i obyczajów etnicznych i żyć zgodnie z wzorem "ja-tutaj-teraz". Nie jest to najlepszy model, bowiem by żyć twórczo i produktywnie, potrzebujemy nie tylko skrzydeł, ale i korzeni. Często występuje też u tego typu ludzi spychane do podświadomości poczucie winy wynikające z wyparcia się swych korzeni.
  • Seperatyści (tradycjonaliści) podporządkowują swe życie zupełnej wierności swym oryginalnym zwyczajom i tradycjom, równocześnie żywiąc niechęć i pogardę wobec nowej kultury. Społeczność Amiszów może być przykładem takiego podejścia. Ludzie należący do tej grupy żyją według wzoru "ja-tam-przedtem".
  • Marginaliści (nihiliści) mają negatywne wyobrażenie zarówno o nowej, jak i o oryginalnej kulturze, zatraciwszy tradycję bez zbudowania nowej. O Polakach w Stanach, należącej do tej grupy słyszymy opinie, że zapomnieli polskiego języka i nie nauczyli się angielskiego. M. Schlottmann trafnie opisała "człowieka marginesu", który "stoi na skraju dwóch światów: jest częścią obu, lecz partnerem żadnej, zawieszony pomiędzy dwoma kulturami, dwoma językami, nie czujący się w domu w żadnej z nich." Żyją oni zgodnie z wzorem "(nie) ja - nie tutaj/tam - nie teraz/przedtem".
  • Integraliści łączą pozytywne wyobrażenie o nowej kulturze z respektem dla własnej. Prezentują w ten sposób tzw. "trzecią wartość" (sformułowanie D. Mostwin), która jest kombinacją tego, co najlepsze w obu źródłach kulturowych. Żyją oni zgodnie z wzorem "ja-tutaj" wzbogacone o "tam-teraz" wzbogacone o "przedtem". Moglibyśmy powiedzieć, że te osoby mają zarówno skrzydła, jak i korzenie.

Wszyscy emigranci, a zwłaszcza ci, których można zaliczyć do grupy "tradycjonalistów", mają skłonności do powtarzania wzorów zachowań charakterystycznych dla kraju pochodzenia. Niestety, to co było skuteczne "tam", nie będzie działać "tutaj". Beznadziejne próby powtarzania w nowym kontekście starych, wyuczonych zachowań są nieskuteczne i powodują rozliczne stresy. Zranione "Ja" emigranta cierpi na niską samoocenę. Uczucie to jest odbiciem rzeczywistego lub wyimaginowanego braku szacunku ze strony świata zewnętrznego. Brak pozytywnych, zewnętrznych bodźców pogarsza jeszcze jakość i tak już nieudolnych usiłowań przeniesienia tutaj, skutecznych przecież tam i przedtem zachowań, i zaczyna się rozwijać mechanizm błędnego koła, który może prowadzić do wytworzenia objawów somatycznych. Przykładem może być przypadek emigranta z Bośni, mieszkającego w metropolitalnym Detroit, który zwykł wzywać regularnie (prawie raz na tydzień w przeciągu roku) pogotowie ratunkowe z powodu ostrego bólu w klatce piersiowej. Wyniki badań lekarskich były zawsze te same - nie znajdowano żadnych oznak choroby serca. Nie było też śladów wskazujących na schorzenia sercowe w historii medycznej tego starszego mężczyzny. Ból regularnie przez niego doświadczany miał wyłącznie egzystencjalne podłoże.

Ze względu na brak naturalnego zaplecza kulturowo-etniczno-religijnego, emigrant bardziej jest uzależniony od zewnętrznych przejawów akceptacji jego osoby. Im większa zależność od zewnętrznej oceny, tym mniejsze poczucie pewności siebie; tym niższa samoocena i poczucie bezpieczeństwa. Nic zatem dziwnego, że emigrant ucieka się w takiej sytuacji do mechanizmów obronnych, które często przybierają formę kompleksów bądź to wyższości wobec Ameryki, bądź też niższości.

Kryzysy, o których wcześniej wspominałem, mogą prowadzić do dezintegracji psychicznej, która może objawić się stanami depresyjnymi, obniżeniem poczucia swej wartości, poczuciem niespełnienia lub wręcz klęski życiowej, alkoholizmem i problemami rodzinnymi. Te z kolei przybierają między innymi formę konfliktów ze współmałżonkami, kłopotów wychowawczych z dziećmi i konfliktów rodzinnych na tle wizyt członków rodziny z kraju.

Wśród przedstawionych czterech modelów zachowań adaptacyjnych, jeden tylko, "integracyjny", jest optymalny. W zrozumieniu złożonych procesów przystosowawczych, w dokonaniu odkrycia, że sytuacja emigranta w nowym otoczeniu w dużej mierze jest rezultatem często nieuświadamianych wyborów, może potrzebować on profesjonalnej, psychologicznej, a czasem i psychiatrycznej pomocy. Dzięki takiej pomocy emigrant może dostrzec, że wbrew poczuciu skazania na okoliczności życiowe, stoją przed nim określone opcje.

Drogi przezwyciężenia pułapki podwójnego życia


Zacząć trzeba od przyznania się przed samym sobą i najbliższymi, że problem istnieje. Kolejnym ważnym etapem jest zrozumienie, że dezintegracyjny proces, któremu jest się poddanym, a który wyraża się kryzysami tożsamości, porozumiewania się i systemu wartości, jest nieunikniony i normalny, a jego brak byłby nienaturalny. Następnie należy uznać, że zmiana jest możliwa, czyli problem możliwy do pokonania. Trzeba jednak przyjąć do wiadomości, że nie da się zmienić ani otaczającej nas rzeczywistości, ani ludzi, z którymi przyszło nam żyć, ale że możemy zmienić siebie. Ktoś powiedział: w całym wszechświecie jest tylko jeden zakątek, który możesz zmienić, a jesteś to ty sam.

Następny krok, to pogodzenie się z tym, że dokonanie zmiany wymaga determinacji i cierpliwości i polega na pozytywnym, integracyjnym przystosowaniu się do nowej rzeczywistości, ale bez wyrzekania się najcenniejszych dla nas duchowych i etycznych wartości; które ukształtowały się przed wyemigrowaniem. Istotne jest tu zrozumienie, że pozyskanie nowego zwykle wiąże się z utratą starego. Trzeba pogodzić się z tym, że nie można tortu i mieć, i go zjeść.

Nie można też zniechęcać się uczuciem rozbicia. Dezintegracja może być pozytywna, procesy dezintegracyjne są bolesnym, ale niezbędnym krokiem w osiągnięciu samorealizacji na wyższym poziomie rozwoju. Przebudowa wymaga często wstępnego zniszczenia. By skoczyć wyżej, trzeba najpierw przykucnąć. Zanim nadejdzie upragniony świt, noc staje się nawet głębsza, a po burzy, zwykle nastaje pogodny dzień, (no, chyba że mieszkamy w Michiganie).

Emigracja z wszystkimi swymi ograniczeniami, może, przy właściwym nastawieniu emigranta do jego przeżyć, być bardzo budującym doświadczeniem. Kiedy stajemy na początkowo obcej ziemi, chcąc nie chcąc musimy stać się kowalami własnego losu. Stajemy przed wyjątkową szansą dokonania odpowiedzialnego użytku z wolności wyboru - wyboru emigracji. Czekać nas będą i ciężkie chwile. By znosić je z godnością, warto uzmysłowić sobie, że doznawane cierpienia nie są wymierzane specjalnie przez złośliwy los, który się na nas uparł, ale że są one nieodłączną częścią wspaniałej, ale i niebezpiecznej przygody, zwanej życiem.

Przytoczone poniżej słowa I.D. Yaloma [2], choć nie odnoszą się do emigracji, wydają się mieć szczególne do niej odniesienie. Według niego, w radzeniu sobie z wyzwaniami, jakie stawia przed nami życie, ważne jest:
  1. Pogodzenie się z tym, że życie bywa nie fair i bywa też niesprawiedliwe.
  2. Pogodzenie się z faktem, iż w ostatecznym rachunku nie da się uciec od bólu życia.
  3. Nauczenie się, że musimy wziąć ostateczną odpowiedzialność za sposób, w jaki żyjemy, bez względu na to, ile wskazówek i wsparcia dostajemy od innych.

Dla emigranta, fakt wyemigrowania powinien oznaczać rozpoczęcie drugiego życia raczej, niż rezygnację z unikalnych sposobów działania, odczuwania i rozumienia, właściwych krajowi pochodzenia - zamiast porzucania ich, mogą one pozostać żywe, jakkolwiek zmodyfikowane i ujęte w nowe ramy. Polski emigrant ze swoją tendencją do stawiania wyzwań systemowi społecznemu, w którym żyje, zdolnością do stosowania rozwiązań pozasystemowych, a także wyniesionymi z doświadczeń historycznych, umiejętnościami przeżycia w trudnych okolicznościach i nieprzyjaznym otoczeniu, powinien spożytkować z korzyścią dla siebie te i inne właściwości przywiezione do kraju osiedlenia.

Inspiracją może być tutaj A. Adler i jego szkoła indywidualnej psychologii, która podkreśla potrzebę stania się wszystkim, czym możemy być i potrzebę walki o przekroczenie swoich ograniczeń raczej, niż usiłowanie bycia "normalnym". Założenia Adlera, że każdy człowiek pragnie emocjonalnie wzrastać, rozszerzać swój wkład do rzeczywistości, sięgać poza jej horyzont, ponad przeciętność i normalność, wydają się stanowić odpowiednie wyzwanie dla emigranta. Wszystko wskazuje także i na to, że właśnie emigrant jest szczególnie predysponowany do takiego doświadczenia. Dlaczego? Bowiem emigrant, który naprawdę chce sprostać wyzwaniom nowego otoczenia, jest po prostu zmuszony do przekroczenia siebie, swego starego "Ja". Emigrant jest w pozycji, która pozwala mu w pełni doświadczyć egzystencjalne wyzwania, jakie niesie życie.

Zatem, drodzy emigranci, spróbujcie spojrzeć na wyzwania, które nałożyła na was decyzja opuszczenia kraju tak, jakby nie były one przeszkodami w przystosowaniu się do nowych warunków, ale szansami na przekroczenie indywidualnych ograniczeń, które zresztą najczęściej nakładamy na siebie sami.



    Autor jest praktykującym psychoterapeutą, nauczycielem akademickim, autorem publikacji naukowych, popularno-naukowych, m.in. książki "Language and Schizophrenia" i tomiku wierszy "Cztery pory tutaj". Żonaty, pięcioro dzieci.

    Zobacz także:




Opublikowano: 2012-09-27



Oceń artykuł:


Skomentuj artykuł
Zobacz komentarze do tego artykułu