Artykuł

Stefan Szary

Stefan Szary

Jestem człowiekiem – czy to coś jeszcze znaczy? Rozważania nie-poprawne w "dobie kryzysu"


Można czasami usłyszeć zdanie: "człowiek uczy się przez całe swe życie". Z pewnością wspominamy nieraz własne dzieciństwo i lata szkolne. Nikogo też nie trzeba przekonywać co do wartości poglądu, według którego człowiek najlepiej uczy się na własnych błędach. Niemniej mądry nauczyciel jest zawsze jakimś drogowskazem. Wielu filozofów, widząc życie jako labirynt pełen fałszywych ścieżek, pragnęło wskazać właściwy kierunek. Niektóre rozwiązania okazywały się kolejną pułapką i komplikowały sytuację jeszcze bardziej niż dotąd, ale były też i takie, które potrafiły rzucić światło nadziei.

Z pewnością każdy z nas zadaje sobie nieraz pytanie: kim jestem? Najbardziej podstawowa odpowiedź na nie brzmi: jestem człowiekiem. I jest to odpowiedź słuszna, choć wydaje mi się być odpowiedzią zbyt często zapominaną. Kiedy zadajemy to pytanie innym: "kim jesteś?", ludzie odpowiadają nieraz: jestem malarzem, jestem dyrektorem, jestem naukowcem, itd. Od razu dochodzi do podkreślenia różnicy i określenia siebie poprzez ukazanie zajmowanego stanowiska. Wydaje mi się jednak, że precyzyjna odpowiedź powinna brzmieć: jestem człowiekiem, który wykonuje pracę malarza; jestem człowiekiem, który zajmuje stanowisko dyrektora, itd. Ktoś powie: jak każdy filozof ten też czepia się słówek. Przyznałbym rację, gdyby chodziło tylko o słówka, lecz sprawa według mnie jest bardziej istotna. Chodzi bowiem o ukazanie pomijania podstawowej prawdy o tym, że niezależnie od tego czy jestem tokarzem, czy dyrektorem, czy policjantem, itd. to najpierw jestem człowiekiem – ty i ja jesteśmy ludźmi. Dlaczego jest to tak ważne? Dlatego, że nikt nie ma prawa w imię zajmowanego jakiegokolwiek stanowiska "gubić człowieka". Nikt z nas nie jest ani mniej, ani więcej, lecz «tylko» i «aż» człowiekiem. Zajmowane stanowisko, tytuły naukowe są ważne, ale zawsze wtórne. Prymat stanowi prawda: ty i ja jesteśmy ludźmi.

Dziś często przestawia się ten podstawowy porządek, nadając temu co wtórne wartość najważniejszą. Człowieka nie mierzy się człowieczeństwem, czy jak mówił Jan Paweł II "miarą serca", ale mierzy się jakąś pseudo-miarą: stanowiska bądź pieniędzy.

Nikt z nas nie żyje sam. Mamy najbliższych w rodzinie, znamy się z ludźmi z zakładu pracy, spotykamy się z dawnymi kolegami, sąsiadami. Rozmawiamy ze sobą. Wśród tych relacji dwie wydają się być szczególnie ważne. Są ludzie, którzy mają w sobie dobroć serca. Dobrze takich ludzi spotkać. Ich słowa są nawet w obiektywnie ciężkiej sytuacji jakąś dobrą nowiną – niosą pokrzepienie, nadzieję, dzięki nim poszukuje się na nowo sensu. Ale są też i tacy ludzie, których nie chcemy spotykać. Spodziewamy się bowiem, że ich słowo jest złą nowiną. Po spotkaniu z nimi człowiek się jeszcze bardziej tylko załamuje. Czasem jest to zimny komunikat o tym, że już dłużej nie ma pracy, że nie ma pieniędzy na wypłatę, że prawo nie stoi po naszej stronie i dlatego nie warto nam się nawet gdziekolwiek odwoływać. Zamiast nadziei i sensu, człowiek doświadcza rozpaczy i bólu, którego nie ma nawet nieraz przed kim wyrazić. I tak "gubi się" człowieka i zapomina o tym, że kto zabija sens życia, kto zabija nadzieję, ten zabija człowieka. Nie jest to niestety jedynie metafora.

Co dziś słyszymy najczęściej? Ekonomia! A wraz z nią drugie słowo: kryzys. I znów zasadniczo rysują się dwa rozwiązania. Jedno takie, które widzi człowieka, i drugie, które nie chce go zauważyć. Ekonomia służy człowiekowi wtedy, kiedy dostrzega drugiego. "Zdrowa ekonomia" potrafi zrezygnować ze swych aspiracji, nie ulega pokusie "niepohamowanego niczym więcej mieć", nie pozwala zgubić, ani też zniszczyć człowieka. Interes ekonomiczny przekracza natomiast etyczne granice zawsze wtedy, kiedy uzurpuje sobie prawo do przewyższenia tej wartości, którą stanowi człowiek. "Dzikość ekonomii" staje się wówczas barbarzyństwem, źródłem bólu, krzywdy i wielu tragedii. Cóż to za ekonomia i jakimi ludźmi są ci, którzy dbają o interes nielicznych, "gubiąc" człowieka?

W gazetce pracowniczej jednego z zakładów produkcyjnych w Poznaniu (Miesięcznik Informacyjny nr 5/6 2001), napisano:

    Stres, wywołany pracą w nieprawidłowych warunkach wywołany nieporozumieniem z przełożonym, niesprawiedliwą oceną lub jego grubiaństwem może być w ocenie Sądu Najwyższego uznany za zewnętrzną przyczynę wypadku przy pracy takich zdarzeń wypadkowych jak zawał serca czy udar mózgu.

A co powiedzieć o całej stronie życia psychicznego człowieka? Taki stres, jak też i życie z ciągłą świadomością groźby zwolnienia z pracy, braku wynagrodzenia, itp. oddziałuje w bolesny sposób na najbliższe środowisko, na tych którzy w domu czekają na ciepło, na miłość i radość. Powstaje pytanie: czy słowo barbarzyństwo, którego użyłem, jest nadużyciem, czy też zostało zastosowane w sposób właściwy?

Wniosek prowadzi krok dalej: "gubienie człowieka" prowadzi ku barbarzyństwu. Na początku dwudziestego wieku wybitny fenomenolog Max Scheler, prowadząc refleksję nad współczesną moralnością, przestrzegał przed zagubieniem człowieka. Zagubienie to prowadzi bowiem ku cywilizacji śmierci. Scheler poddał krytyce pogląd, w którym najwyższe miejsce zajmuje korzyść. Jakie są tego konsekwencje? Czytamy u Schelera:

    Samo życie, życie jednostki, rodziny, rodu, narodu, jego czysta egzystencja, musi się teraz dopiero usprawiedliwić przy pomocy korzyści, którą przynosi szerszej wspólnocie. Nie wystarcza samo jego istnienie jako nosiciela wartości wyższych od tych, które reprezentuje korzyść; samo to istnienie powinno się dopiero "zasłużyć". Teoretycznie i praktycznie zaprzecza się prawu do egzystencji i życia, które dawniejsza moralność włączała do "prawa natury". Raczej obowiązuje
    [zasada]: kto nie może przystosować się do mechanizmu cywilizacji, opartej na użyteczności, i jego aktualnej "potrzeby" ludzkiej aktywności, ten "powinien" zginąć, jakiekolwiek reprezentowałby wartości witalne.

W książce Das Ressentiment im Aufbau der Moralen Scheler ukazuje najsłabszy punkt współczesnej cywilizacji: życie jako życie przestaje być wartością. To, co wtórne, uzurpuje sobie prawo pierwszeństwa. Uzurpacja jednak jest zawsze kłamstwem, a kłamstwo jest niegodziwością.

Czego człowiek powinien się w życiu przede wszystkim nauczyć? Prawdy o sobie. W jej świetle postrzegać siebie nie jako "coś" innego (stanowiska, tytuły, sprawy wtórne), ani też nie jako "kogoś" innego (wszelkie udawanie kogoś innego, niż jestem), ale widzieć siebie jako człowieka i z tej racji, że jestem człowiekiem, mieć w sobie wewnętrzne przekonanie o tym, że mam prawo żyć i to mam prawo żyć godnie! Jest to prawo podstawowe, absolutnie niezależne od niczego z zewnątrz i obowiązujące każdego.

Prof. Józef Tischner w swojej pracy filozoficznej pracował nad ludzką nadzieją. Napisał słowa mające w dobie tzw. kryzysu szczególne znaczenie. Są one apelem o to, aby nikt z ludzi, niezależnie od zewnętrznych okoliczności, nie zagubił tego, co najważniejsze, prawdy o sobie zawartej w słowach: jestem człowiekiem.

    Są dwa rodzaje klęsk: klęski zewnętrzne i klęski wewnętrzne. Można czasem przegrać zewnętrznie, ale wewnętrznie pozostać istotą niepokonaną. I można przegrać zewnętrznie i wewnętrznie – wpuścić do wnętrza świadomość klęski, poddać się, pozwolić na to, by umarła nadzieja. Gorsza od klęski zewnętrznej jest, oczywiście, klęska wewnętrzna. Klęska wewnętrzna prowadzi do tego, że człowiek, przemienia się w istotę z góry przegraną.



    Autor jest doktorem nauk humanistycznych z zakresu filozofii. Zajmuje się filozofią egzystencji, filozofią dialogu, filozofią spotkania z człowiekiem cierpiącym i chorym. Jest wykładowcą w Wyższej Szkole Edukacji i Terapii w Poznaniu. Wydał książkę "Człowiek - podmiot dramatu".

    Zobacz także: strona domowa Autora




Opublikowano: 2009-03-26



Oceń artykuł:


Skomentuj artykuł
Zobacz komentarze do tego artykułu