Artykuł

Marta Kowalczuk

Marta Kowalczuk

Biała sukienka i rogale


    ...nieporadna z tą złością
    jak ptak z siecią
    trzepocę słowami
    za głośno za szybko
    na próżno
    [1]

Noc... bo ciemna, smutek... bo jakoś sam sobie nie umie pomóc, gniew... na próżno [1], podłoga... uciekające życie, lato... bo kobiety wkładają białe sukienki w pachnące, czerwone kwiaty...

Miała 16 lat, gdy się poznały. Piękny, słoneczny, czerwcowy piątek. Właśnie odebrała świadectwo z promocją do klasy trzeciej liceum. Zaczynały się wakacje. Planowała je od dawna. W sierpniu chciała pojechać na dwa tygodnie do Włoch. Na samą myśl o tej podróży dostawała wypieków na twarzy. Od zawsze chciała poznać ten kraj. Przeczytała mnóstwo książek o Italii, przejrzała stosy przewodników i map. Co noc zasypiała, marząc, że kiedyś obudzi się na plaży w Rimini i będzie podziwiać zachód słońca. Dlaczego upodobała sobie właśnie ten kraj? Włochy...? "Kraina słońca", pogodny, towarzyski styl życia. Włosi...? Niezwykle trudno nimi rządzić... Indywidualiści, kochają życie, dobre jedzenie i zawsze skłonni do rozmów. Ale Włochy to także kraj sprzeczności - piękno i brzydota przeplatają się tutaj ze sobą częściej niż gdzie indziej [2]. Zaraz... Zaraz... Jakże ona podobna do tej "krainy słońca"... Zawsze uśmiechnięta, dynamiczna, szczebiotała z koleżankami na podwórku. Dzień witała o szóstej rano, prędko ubierała się i biegła do sklepu po świeże rogale na śniadanie. Przy okazji łapała każdy łyk rześkiego powietrza, zachwycała się budzącym do życia dniem, ciepło witała spotkanych na klatce sąsiadów. W ten czerwcowy piątek zatopiła okręt swojego życia...

Choć do wyjazdu pozostało jeszcze półtora miesiąca, chciała przejrzeć swoją garderobę. Wyjęła z szafy wszystkie ciuchy i zaczęła je przymierzać. - O! Te spodenki będą doskonałe i ta bluzka! - mówiła energicznie przewracając ubrania. Pod granatowym sarafanem leżała piękna, zwiewna, biała sukienka w duże czerwone kwiaty. Kupiła ją w zeszłym roku, we wrześniu, na wyprzedaży. Nie miała okazji jej wcześniej założyć, gdyż jesienne chłody przyszły wcześniej niż się spodziewała. Teraz ucieszyła się, że będzie mogła ją zabrać ze sobą.

- W tej sukience będę wyglądała lepiej od niejednej Włoszki... I może jakiś przystojny Giuseppe mnie poderwie? - do głowy przychodziły jej odziane w kobiecą próżność myśli.

Nie miała do tej pory żadnej sympatii. Dziewczyny w jej wieku chodziły już do dyskoteki, wyzywająco się ubierały, paliły papierosy, wracały późno do domu, chwaliły się kolejnymi chłopcami. Ona też tego pragnęła. Jednak stanowczy ojciec, w trosce o dobro i bezpieczeństwo swej jedynaczki, nie pozwalał jej na takie szalone eskapady. Miała do niego żal... Wszczynała awantury i zarzucała mu staroświeckość. Po godzinie przemyślała sprawę i bardzo dyskretnie wycofywała się ze słownych utarczek. Gdy jej koleżanki, lekko podchmielone, wracały nad ranem z dyskoteki, ona gasiła światło i zamykała książkę. Stworzyła własny świat... Świat, w którym na pierwszym miejscu stały książki, piosenki Grechuty, Bajora, Niemena i poezja. Nie tylko czytała tomiki Staffa, Gałczyńskiego, ale też sama pisała - nieśmiało, do szuflady. Miała cichą nadzieję, że kiedyś ktoś przeczyta jej wiersze, a może nawet wyda swój tomik. Karmiła się poezją, ona dawała jej sens życia, napędzała do działania. Często spacerowała po parku z zielonym notesem. Wszędzie go ze sobą zabierała, gdyż słowa nowego wiersza mogły przyjść niespodziewanie, niczym niezapowiedziani goście. Toteż zawsze była przygotowana na ich wizytę. Zielony notes przyjmował je wszystkie bez szemrania. Czasami tylko się buntował, gdyż dużo w nim kreśliła i nie było już miejsca na nowe zdania. Wtedy szła do osiedlowego sklepiku i kupowała nowy. Musiał być zielony. Zieleń to ulubiony jej kolor.

Wkładając biała sukienkę, nagle usłyszała trzask... - O rany! - krzyknęła. - Moja sukienka! - spojrzała z niedowierzaniem na wielką dziurę w materiale. Pospiesznie zdjęła ją i rzuciła na podłogę. Zrobiła kilka niepewnych kroków w stronę lustra wiszącego na frontowej ścianie. Zatrzymała się i nieśmiało spojrzała? Nagle, pełna rozpaczy i nienawiści, krzyknęła:
- O mamma mia, jak ja przytyłam! Jakie mam grube nogi! A brzuch! Szybko pobiegła do łazienki i stanęła na wagę.
- Co? Nie, to nie możliwe!!! ? dalej kontynuowała ten rwący potok słów.
Zeszła, potrząsnęła nerwowo wagą, jeszcze raz stanęła i ... Wynik był ten sam - 60 kilogramów. Opadły jej ręce, pobiegła do pokoju, położyła się na łóżko i zaczęła płakać. Na podłodze, jak gdyby nigdy nic, leżała biała sukienka. Pękła w miejscu czerwonego kwiatu...

W tym momencie uświadomiła sobie, że musi schudnąć. Chciała to zrobić szybko i skutecznie. W jej głowie kłębiły się różne myśli... Wstała z łóżka i powłóczystym krokiem dotarła do kuchni. Chciała coś zjeść, gdyż od rana nie miała nic w ustach. Otworzyła lodówkę, popatrzyła, wyjęła kawałek kiełbasy, masło, żółty ser i musztardę. Zrobiła kanapki i zaparzyła herbatę. Nagle przypomniała sobie, że nie posprzątała jeszcze swoich ubrań. Wróciła do pokoju, spojrzała na sukienkę i... pobiegła do kuchni. Wyrzuciła kanapki, wylała do zlewu herbatę. Bezmyślnie strzepnęła też ze stołu samotny okruch chleba... [1] Tego dnia nie zjadła już nic. Długo nie mogła zasnąć. Pusty żołądek prosił o choćby malutki kawałek chleba. Była nieugięta. Leżąc w łóżku wyobrażała siebie za trzy tygodnie... smukła, opalona sylwetka, szczupłe nogi i biodra, no i ta biała sukienka... To nie noc, lecz myśli o schudnięciu zaciemniły jej niebo.

Następnego dnia, choć zaczęły się już wakacje, wstała o siódmej rano. Pobiegła do sklepu po świeże rogale na śniadanie. Bardzo długo przyglądała się towarom na sklepowej półce. Czytała skład produktów, poszukiwała też ich wartości kalorycznej. W pewnym momencie uświadomiła sobie, że nie zna się na kaloriach, nie wie, co jest tuczące, a na co może sobie pozwolić. Podeszła do stoiska z gazetami... "Schudnij 5 kilo w 9 dni!", "Rewelacyjna dieta na wakacje!" - krzyczały pierwsze strony kolorowych pism. Ucieszyła się niezmiernie.
- Teraz będę miała fachową wiedzę na temat odchudzania! - pomyślała i szybko pobiegła do kasy. Wydała całe swoje kieszonkowe.

Lektura gazet zajęła jej pół dnia. Oczywiście czytała tylko te strony, na których mogła dowiedzieć się czegoś o kaloriach, nadwadze i walce z nią.
- O?! Rogale mają 240 kcal i są bardzo tuczące - z przerażeniem zauważyła w tablicach kalorycznych załączonych do jednej z gazet. - Od dziś wykreślam je z jadłospisu! - powiedziała stanowczo. Ale w głębi duszy zrobiło się jej żal.
- Moje słoneczne rogale... masło śmietankowe... serek... kakao - wspominała swoje wczorajsze śniadanie.
- Dosyć tego! Odchudzam się! Nie będzie rogali, tylko czerstwy, razowy chleb! - nakrzyczała na siebie.
Zebrała i odstawiła na kuchenną półkę bukiet kulinarnych wspomnień. Podlała je łzą spływającą z policzka, by nie zasuszyła ich ... ONA.

Równie młoda, od niedawna robiąca błyskotliwą karierę. Podstępna, wytrwała, ambitna. Lubi młode dziewczęta. Wybiera te najładniejsze, najmądrzejsze i nieco samotne. Oferuje im swoją przyjaźń. Tragiczną w skutkach. Nazywa się anorexia nervosa. Na kolejną ofiarę wybrała właśnie ją... Zaprzyjaźniły się bardzo szybko. Zmieniła jej życie... zmieniła jej wygląd... zmieniła jej duszę.

Od tej pory każdy dzień wyglądał tak samo. Pobudka o szóstej rano, 30 minutowy jogging, pół godziny ćwiczeń na biodra i uda, lekkie śniadanie, potem zakupy w mieście, leciutki obiad, studiowanie tabel kalorycznych, 30 minutowy jogging, pół godziny ćwiczeń na biodra i uda, znikoma kolacja, niespokojny sen.
Mieszkała na podmiejskim osiedlu. Do miasta nie jeździła już autobusem. Chodziła pieszo w trzydziestostopniowym upale. - Pół godziny energicznego marszu to minus 150 kcal - powtarzała sobie. Często nie miała siły, żeby iść dalej. Wtedy pocieszała ją ONA: "Pamiętaj, pół godziny energicznego marszu to minus 150 kcal, wytrzymaj, jeszcze tylko dwa przystanki". Krople potu spływały po jej czole, na nogach widniały wielkie jak balony pęcherze. Bolały i piekły. Większość dnia spędzała w sklepach spożywczych. Wybieranie niskokalorycznych serków, wędlin, warzyw i owoców stało się jej nową pasją. Ukradkiem ważyła bułki, by wybrać te najlżejsze, a jednocześnie dające wrażenie wielkości. Prosiła o jak najcieńsze plastry chudej szynki. Słodycze w ogóle wykreśliła ze swego menu. W zielonym notesie pojawiły się całkiem nowe zapiski: "sałata - 100g - 14 kcal", "małe jabłko - 46 kcal". O poezji zapomniała jak o suchym liściu, który wylegiwał się na jej oknie zeszłej jesieni, jak o płatku śniegu szukającego swego miejsca na białym kobiercu. W jej pokoju, na półce, wszystkie tomiki owinęła cienka nić zapomnienia...

Coraz częściej unikała wspólnych posiłków z tatą. Wykręcała się bólem brzucha, nudnościami lub brakiem czasu. Przejęła stery w kuchni. Gotowała mu wykwintne dania, często bardzo tłuste, kaloryczne. Kusiły ją swoim zapachem. Nigdy ich nie spróbowała. Jadła tylko odtłuszczone zupy, sałatę, jabłka i pomidory. Zaczął coś podejrzewać. Nie powiedział nic...

Minęły dwa tygodnie diety. Czuła, że schudła co najmniej pięć kilogramów. Obudziła się w poniedziałek i postanowiła się zważyć. Przeżyła dramat. Waga pokazała 57 kg. - To tylko trzy kilogramy! - krzyczała tak głośno, że aż śpiące na klatce koty podniosły ze zdumienia swe uszy. - Boże, za trzy tygodnie jadę do Włoch, a ja wciąż jestem gruba! Wyglądam jak pulpet z grubą warstwą tłustego sosu! O nie! Tak być nie może! Przestanę w ogóle jeść! Po tych słowach zaczęła płakać. Obudziła ojca. Zastanowiło go to. Nie powiedział nic...

Godzina za godziną, dzień za dniem... Zaostrzyła dietę? Ogórki, kilka listków sałaty i woda mineralna. Przy ojcu udawała, że je. Połówki bułeczki wydrążała łyżeczką, przykrywała sałatą i plasterkiem pomidora. Gdy odwracał się, chowała jedzenie do kieszeni lub wyrzucała przez okno. Gdy wyjeżdżał na działkę, nie jadła nic.

Czuła się jakoś dziwnie zmęczona. Ostatnio dużo też spała. Śniły jej się kanapki z majonezem i szynką, rogale z masłem, kotlety, pieczenie i lody śmietankowe. Wyobrażała sobie, że za kilka lat wyjdzie za mąż i będzie przyrządzać ukochanemu mężczyźnie pyszne obiady, podejmować gości, którym zaserwuje polędwicę wołową w chlebowym cieście. To jest, a raczej było, jej ulubione danie.

Dużymi krokami zbliżał się wyjazd. Powoli zaczynała pakować torby. Biegała coraz więcej, nawet 20 km dziennie, jadła coraz mniej - tylko jednego ogórka dziennie. Jej koleżanki zauważyły, że schudła. Prawiły jej komplementy. Nie wiedziały, co przeżywała. Nie wiedziały, że codziennie walczyła ze sobą jak z najgorszym wrogiem. Nie wiedziały, że powoli, dzień po dniu zabijała siebie. A ona? Słuchała pochwał niczym śpiewu ptaków. Czuła się szczęśliwa, że w końcu ktoś docenił jej wysiłek. Godzinami przeglądała się w lusterku, obserwowała każdy centymetr swego ciała, mierzyła się i ważyła. Stała się też bardziej nerwowa. Potrafiła skrzyczeć ojca za byle głupstwo. Słabła, bledła... Zaczął coś podejrzewać. Nie powiedział nic...

Zadzwonił do matki, która od trzech lat przebywała w USA. Pojechała tylko na rok, żeby dokończyć doktorat. Minął drugi, trzeci... Powiedział, że dzieje się z nią coś złego. Prosił, błagał, żeby z nią porozmawiała. Nie chciał jej stracić. Była jego jedyną córką. Kochał ją bardzo, jednakże ta sprawa przerastała go. Matka obiecała pomóc. Napisała córce list, w którym prosiła, by poszła przed wyjazdem do Włoch na badania kontrolne. Zgodziła się. Wyniki były fatalne. Lekarz skierował ją do szpitala. Wybłagała go, by przełożyć to o dwa tygodnie. Jutro wyjeżdżała. Zgodził się.

Nazajutrz wstała o świcie, przebiegła 5 km i przygotowała śniadanie dla taty, który chciał ją odwieźć na lotnisko. Poszła się umyć. Długo nie opuszczała łazienki. Ojciec zaczął ją ponaglać. Nie odzywała się... Otworzył drzwi... Leżała blada na podłodze. Zemdlała. Wezwał pogotowie. Trafiła do szpitala.

Kroplówki, psycholog, kłamstwa... Nie mogła pogodzić się z myślą, że samolot do Włoch odleciał bez niej. Płakała, błagała lekarkę, by pozwoliła jej opuścić szpital. Lecz ta była nieugięta. Bez trudu rozpoznała jej przyjaciółkę. Postanowiła, że pomoże jej zakończyć tę niszczącą znajomość. Nie było łatwo. Skierowała ją do szpitalnego psychologa.

Nie lubiła tej kobiety. Wydawała jej się jakaś dziwna. Nie umiała z nią rozmawiać. Toteż każdego dnia okłamywała ją: a to, że zjadła cały obiad, a to, że czuje się już dobrze, a to, że połknęła wszystkie tabletki. Chciała jak najszybciej opuścić szpital. Jej życie stawało się coraz bardziej ciemne. Obsesyjnie myślała o jedzeniu. Była smutna, ospała, nie potrafiła już cieszyć się wschodzącym słońcem, szumem wiatru, śpiewem ptaków. Godzinami siedziała na szpitalnym łóżku i patrzyła w okno. Co widziała? Ból, rozpacz, szarość, czerń... Tyle kataklizmów / tyle zamienionych w ruinę pór roku / tyle wyrwanych z rozpaczy włosów / przez jeden / bezmyślnie strzepnięty ze stołu / okruch chleba [1].

We wrześniu rozpoczęła naukę. Mimo złej kondycji fizycznej i psychicznej zbierała najlepsze noty. Opuszczała sporo zajęć, bo często nie miała siły, by na nie przyjść. Pracowała w domu lub w szpitalu. Jej życie przypominało marzec - przeplatały się w nim piękne, słoneczne dni, kiedy budziła się do życia jak niedźwiedź z długiego zimowego snu oraz dni smutne, deszczowe, kiedy wracała ONA i zaprzątała jej głowę.

Coraz więcej czasu spędzała w szpitalu. Zaprzyjaźniła się z lekarką z oddziału - poetką. Polubiła jej szczery uśmiech, dotyk dłoni i ciepły, miły głos. Czuła, że tylko ona ją rozumie, dlatego też nigdy jej nie okłamała. Często przychodziła do niej wieczorem i rozmawiały do późnych godzin nocnych. Chciała, by była jej matką. Powiedziała, że tęskni do matki, a jednocześnie jej nienawidzi, że kocha ojca i ma dość swego życia.

Powoli znikała... Wytrzeszczone oczy, wypukłe czoło, szczęki wysunięte do przodu, skóra cienka jak pergamin, drżące, zimne ręce, nabrzmiałe żyły, kościste palce, małe, puste serce? Straciła przytomność. Obudziła się po kilku godzinach... Stał nad nią ojciec. W jego oczach, widziała jak przez mgłę, łzy? Szepnął: - Nie odchodź? Rozpłakała się... Wtuliła się w jego ramiona, a jej serce cicho prosiło: - Tatusiu, pomóż mi! Nagle usłyszała: - Nie mogę patrzeć jak drażnisz się ze śmiercią... Nie daj JEJ czasu! Walcz!

Rozpoczęła bitwę ze swoją najlepszą przyjaciółką. Wyszła ze szpitala, nadrobiła zaległości. Zaczęła jeść regularnie, choć nie było łatwo. Godzinami płakała nad talerzem. Ale nie poddawała się. W tym "pojedynku na kęsy" zaczęła powoli z NIĄ zwyciężać. Ojciec bardzo jej pomagał. Czuwał przy każdym posiłku, walczył razem z nią i o nią. Zrezygnowała na własną prośbę z pomocy psychologa. Tatuś kupił jej zielony notes. Miał nadzieję, że wyzdrowieje i stanie się kiedyś mądrą, wykształconą dziewczyną, że ułoży sobie życie. Zaczęła znowu pisać wiersze. Jeszcze lepsze, głębsze. Zaczęła wychodzić do kina, teatru, poznała nowych przyjaciół. Coraz częściej się uśmiechała.

Pewnego dnia postanowiła zrobić wiosenne porządki. Odkurzyła dywany, wyczyściła meble. Chciała też poukładać na półkach w szafie. Wyjęła wszystkie ubrania. Nie przymierzała ich. Pod granatowym sarafanem leżała piękna, zwiewna, biała sukienka w duże czerwone kwiaty. Podniosła ją i spostrzegła, że materiał na jednym z nich jest rozdarty. Postanowiła go zszyć. Zrobiła to tak, że ścieg był prawie niewidoczny. Mógł zobaczyć go tylko ktoś, kto mu się uważnie przyjrzał. Biała sukienka odzyskała swój urok i czerwony kwiat... kwiat z blizną.

Dzień... bo życie się zaczyna, wiersz... bo zmienia w witraż kilka słów [1], ojciec... bo zawsze kocha jak najlepiej umie, wiosna... bo powraca światło...



    Autorka jest asystentem w Zakładzie Pedagogiki Ogólnej i Metodologii Badań Pedagogicznych Wydziału Pedagogiki i Psychologii Uniwersytetu w Białymstoku. Od kilku lat zajmuje się problematyką zaburzeń odżywiania u dziewcząt w stadium adolescencji. Jest także Autorką kilku felietonów i artykułów w zakresie tej problematyki oraz projektu edukacyjno-informacyjnego "Powstrzymać anoreksję i bulimię", realizowanego w białostockich gimnazjach i liceach.
    Artykuł jest częścią cyklu opowiadań pt."Kwiat z blizną".



Przypisy


  1. Dziękuję Pani Jolancie Wasilewskiej za jej mądre wiersze. Wszystkie cytowane przeze mnie fragmenty utworów J. Wasilewskiej pochodzą ze zbioru Niebo. Białystok 1999, Wojewódzka Biblioteka Publiczna im. Łukasza Górnickiego.
  2. Włochy. Przewodnik turystyczny. Wrocław 1992, Zakład Narodowy im. Ossolińskich.






Oceń artykuł:


Skomentuj artykuł
Zobacz komentarze do tego artykułu

  • Biała sukienka i rogale

    Autor: donafi   Data: 2008-04-18, 11:27:20               Odpowiedz

    Pani Marto,
    po pierwsze mam nadzieję, że pisze Pani książki - "Biała sukienka i rogale" to literatura.
    Po drugie, opisana w ten sposób anoreksja to doskonały sposób przekazania nauki czytelnikowi, który nie koniecznie zajmuje się nauką.
    Uważam, że Pani artykuł-opowia... Czytaj dalej

Zobacz więcej komentarzy