Artykuł

Monika Zubrzycka-Nowak

Monika Zubrzycka-Nowak

Opuścić rodzinne gniazdo


    Wielu rodziców, obserwując swoje dorastające pociechy, zastanawia się, czy spełnili się jako rodzice. Czy zapewnili dzieciom wszystko, co pozwoli im odnaleźć swoje miejsce w życiu, stworzyć satysfakcjonujące podstawy bytowe, poradzić sobie z niełatwym zadaniem zbudowania własnej, szczęśliwej rodziny... Wielu rodziców martwi się o swoje potomstwo, roztacza nad dziećmi parasol ochronny, w imieniu dziecka przewiduje kłopoty, przed którymi pragnie je uchronić.

Niektórzy rodzice powstrzymują dziecko przed wczesnym opuszczeniem domu, aby ułatwić mu zdobycie finansowego zaplecza, pozwalającego optymistycznie myśleć o przyszłości. Są rodzice, którzy czuwają nad karierą dziecka, pomagają kroczyć wydeptaną przez nich wcześniej ścieżką. Są domy, w których dziecko pełni ważną rolę opiekuna, gospodarza, doradcy... i jego odejście stwarza konieczność zaadaptowania się do zupełnie nowych warunków życia, do wprowadzenia istotnych zmian w życie rodziny. Nieliczna, ale wciąż pokaźna grupa rodziców uważa, że dziecko ma obowiązek zajmowania się i opiekowania nimi, że powinno spełniać ich życzenia i oczekiwania. A przecież dar życia, który poprzez rodziców przekazywany jest dziecku, jest darem, więc nie może być mowy o spłacaniu długu. Rodzice, zgodnie z naturalnym prawem przedłużenia gatunku, decydując się na dziecko, automatycznie biorą na siebie odpowiedzialność za wychowanie i usamodzielnienie potomstwa, tak by teraz mogło ono obdarzyć życiem następne pokolenie.

Wiele kobiet, które zaangażowały się całym swoim życiem w wychowanie dzieci i prowadzenie domu, w obliczu ich dorastania zaczyna tracić grunt pod nogami, cel i sens życia. Niektóre radzą sobie przenosząc uwagę na wnuki i nadal czują się potrzebne i spełnione, inne powstrzymują proces dorastania i usamodzielniania się pociech.

Zatrzymać dziecko


Sposoby „zatrzymywania” dziecka w domu są liczne i różnorodne. Do najbardziej popularnych należy manipulowanie poczuciem winy, odwoływanie się do lojalności i wdzięczności. Rodzic obwinia dziecko za swoje samopoczucie i samotność, za porzucenie, pozostawienie „na pastwę” niekochanego partnera. Oskarża o brak serca, nieczułość, niewdzięczność... Może robić to wprost lub pośrednio, mówiąc na głos lub „demonstrując” odrzucenie, rozczarowanie, może nawet chorować „na zawołanie”, by dowieść konieczności opieki. I większość tych zachowań wypływa z nieuświadomionej potrzeby miłości, bliskości, docenienia... W okresie dorastania dzieci do opuszczenia domu, mogą powracać trudne wspomnienia własnego doświadczenia w tej dziedzinie. Mogą powracać emocje, które towarzyszyły temu procesowi, poczucie winy, żal, złość, strach. Samotnie wychowująca dzieci matka zazwyczaj traktuje najstarsze dziecko jako pomoc i zastępcę w opiece nad młodszym potomstwem i dbaniu o dom. Odejście takiego członka rodziny rodzi poważne „techniczne” problemy. A gdy jest to jedyne lub ostatnie dziecko, kobieta, która nie związała się z żadnym innym mężczyzną w imię dobra swojej pociechy, zostaje samotna i może czuć się nikomu niepotrzebna.

Często stosowaną metodą wiązania potomstwa jest finansowe uzależnianie dziecka. Obdarowywanie go dobrami, których samo nie jest w stanie utrzymać. Rodzic staje się na długie lata „niezbędny”, ale ma w zamian za to prawo do ingerencji i oczekiwania wzajemnych „świadczeń”.

W domach, w których rodzice „sprzymierzają się” z dziećmi przeciwko partnerowi lub mają dobrą więź z dzieckiem a słabą z partnerem, powstaje sytuacja, w której odejście dziecka z domu jest równoznaczne ze stratą sojusznika, osoby uczuciowo bliskiej i wspierającej. Rodzic w obawie przed taką sytuacją może zaciekle zwalczać lub bojkotować sympatie i partnerów dziecka. Dotyczy to szczególnie „syneczków mamusi” i „córeczek tatusiów”.

„Syneczek mamusi” jest już do pewnego stopnia w związku z matką. Odejście z domu oznacza „ zerwanie” tej relacji, a związanie się z inną kobietą - zdradę. Podobnie jest w przypadku „córeczki tatusia”. Młody człowiek czuje się rozdwojony, z jednej strony winien jest lojalność „kochającemu” rodzicowi, z drugiej pragnie żyć po swojemu. Jeśli czas wychodzenia dzieci z domu nakłada się na okres przekwitania matki, przechodzenie na emeryturę rodziców lub inne stresogenne wydarzenia w domu czy miejscu pracy, to sytuacja jeszcze się komplikuje. Nie mówiąc o chorobach, wypadkach, kalectwie czy umieraniu członków rodziny.

Nie chcę namawiać nikogo do zrywania więzi, do zapomnienia o rodzinie. Pragnę raczej zwrócić uwagę rodziców na jakość „wymiany świadczeń”, która wynika z obowiązku, z poczucia winy, czy z zależności. Takie zobowiązywanie drugiego do „usług” jest tkaniem przyszłości pełnej pretensji, żalu i złości. Zupełnie inaczej wyglądają stosunki między ludźmi, gdy wypływają z potrzeby serca, tęsknoty, zaufania czy potrzeby dzielenia się swoimi przeżyciami.

Przytoczone wcześniej przykłady zależności rodzinnych obrazują niełatwą rolę rodziców w momencie dorastania dzieci. Jednakże niezależnie od indywidualnej sytuacji rodzinnej dobrze jest zdać sobie sprawę, w jaki sposób można pomóc dziecku wkroczyć w życie bez dodatkowych obciążeń i gmatwania stosunków międzypokoleniowych. Wiele zachowań zarówno rodziców jak i dzieci jest w dużym stopniu nieuświadomione.

Rozwój mojego dziecka


Najczęstszym problemem między dziećmi i rodzicami jest podświadome nienadążanie za rozwojem własnych dzieci. Prostym sprawdzianem tego, w jakiej jesteśmy sytuacji, jest wyobrażenie sobie z zamkniętymi oczami własnej pociechy i zwrócenie uwagi, ile lat ma osoba, która pojawia się w naszym umyśle. Bardzo często, pomimo że dziecko ma już dwadzieścia parę lat (a nawet i znacznie więcej), w naszym umyśle tkwi obraz nastolatka czy kilkuletniego dziecka. Zrozumiałe wtedy staje się, dlaczego nadal traktujemy syna czy córkę jak stworzenie, które wymaga ciągle naszej troski, wsparcia i pouczania. I zrozumiała także staje się furia młodych, którzy pragną uznania ich niezależności i dorosłości.

Rolą rodzica, który zauważa ten problem, jest wykonanie „pracy nad sobą”, uaktualnienie danych o dziecku, tak, aby zaczął postrzegać swoje potomstwo realistycznie. O takim „zafałszowaniu” w umyśle obrazu dziecka dobrze jest z nim porozmawiać i umówić się na łagodne sygnalizowanie sytuacji, gdy dorosłe czy dorastające dziecko czuje się traktowane jako młodsze niż jest w rzeczywistości. Może to być neutralne słowo, zabawny gest, określony dźwięk.. Coś, co przypomni rodzicowi o potrzebie „zaktualizowania” danych.

Pożądane także byłoby ustalenie z „dzieckiem”, jakie nowe zachowania sprzyjałyby budowaniu relacji dorosłego z dorosłym. Może trzeba zacząć używać pełnego imienia, bez zdrobnień? Może przypominanie o czapce i rękawiczkach, czy robienie kanapek, budzenie rano..., to przeżytek? Może są dziedziny, w których młoda osoba powinna wyrażać swoje opinie i wspólnie podejmować decyzje? Czasami są to drobiazgi, na które nie zwracamy uwagi, bo postępujemy rutynowo, a czasami decyzje, które odcisną się na domu na całe lata. Tak jak małym dzieciom pozwala się wchodzić na coraz wyższe meble, badać schody, skakać z poręczy, tak starszemu trzeba poszerzać pole, na którym jest traktowane równorzędnie.

Ważne jest także, aby dokonać „rozrachunku z czasem” – „zinwentaryzować” osiągnięcia, sukcesy, wszystkie sytuacje, w których dziecko – dorosły człowiek - poradziło sobie bez nas. Wielu rodziców skupia się na sytuacjach, w których potomstwo zachowało się nieodpowiedzialnie czy inaczej niż by sobie tego życzyli. Jeśli jednak będą przejmować odpowiedzialność za dorastające czy dorosłe dzieci, gdzie będą miały one okazję nauczyć się radzenia sobie z konsekwencjami swoich wyborów (braku wyborów, które też są wyborami!!!)? Powiedzenie „człowiek uczy się na własnych błędach” wyrosło z doświadczeń wielu pokoleń. Bez ponoszenia konsekwencji swoich działań, nie można nauczyć się odpowiedzialności. Więc kochający rodzicu: zaciśnij zęby i pozwól dorosłemu dziecku dokonywać wyborów, które uważa za właściwe. Możesz służyć radą, dzielić się swoimi doświadczeniami, wskazywać inne możliwości, interesować się planami i wpływem podejmowanych decyzji na przyszłość. Wszystko to ma służyć młodej osobie do wyrobienia sobie szerszego spojrzenia na zagadnienie, do wytworzenia w niej przekonania, że rodzicowi zależy na dziecku i równocześnie do pokazania, że wierzy on w mądrość młodego człowieka, że ufa, iż dziecko sprosta konsekwencjom swoich poczynań. Celem wszelkiej „ingerencji” powinno być przekazanie dziecku informacji „wierzę w ciebie, ufam, że sobie poradzisz, masz prawo tworzyć własne życie na swój sposób”. „Jestem twoim oparciem, druhem, przyjacielem, życzę ci sukcesu, szczęścia, odnalezienia drogi życiowej, która przyniesie ci radość i spełnienie. I to ty zbierzesz to, co zasiejesz.”

Z doświadczeń rodziców, którzy „uwolnili” dzieci wynika, że łatwe odejście z domu sprawia, że młodzi ludzie bardzo prędko chcą wracać do rodzinnego gniazda, szukają kontaktu, zmieniają sposób patrzenia i oceniania rodziny. Naturalną skłonnością nastolatków jest krytykowanie rodziców i oskarżanie ich o swoje niepowodzenia. Gdy oddzielają się od domu, budują niezależność, dostają psychiczne wsparcie w tym okresie od rodziców, szybko dorastają i zaczynają patrzeć na „swoich twórców” przez pryzmat własnych doświadczeń w zderzeniu ze światem zewnętrznym. Jest to objaw dojrzałości, rosnącej tolerancji, poszerzającej się perspektywy.

W domach, gdzie chroni się dzieci przed samodzielnym wyjściem w świat, rodzą się różnorakie konflikty lub młody człowiek „gaśnie”. Albo walczy o swoją wolność, zazwyczaj w nieakceptowalny dla dorosłych sposób i naraża się na dalszą opiekę, albowiem dowodzi, że nie jest jeszcze dojrzały. Albo poddaje się domowym regułom gry, zaczyna „wisieć” na opiekunach, coraz mniej aktywnie uczestniczy w przejmowaniu odpowiedzialności na siebie. Nawet, jeżeli w końcu wchodzi w samodzielne życie, to nadal usiłuje odsunąć od siebie decyzje, których podejmowania nie miał okazji nauczyć się zawczasu. Lub odczuwa lęk przed zajęciami, które innym wydają się zupełnie naturalne i oczywiste....

Dom – ciche pole bitwy


Innym zafałszowaniem rzeczywistości jest traktowanie dziecka lepiej niż partnera lub tworzenie frontu przeciwko partnerowi. Wtedy dziecko nieświadomie czuje, że zajmuje niewłaściwą pozycję w rodzinie, ale ponieważ nasza rodzina jest dla nas normą, to nie zdaje sobie sprawy, że taki układ jest dysfunkcyjny. Jeśli jako rodzic:

  • wymagałe/aś od dziecka zajmowania się Twoim samopoczuciem,
  • wymagałe/aś podejmowania decyzji za partnera lub przeciw niemu,
  • krytykowałe/aś partnera „zaocznie” nie dając mu możliwości przedstawienia jego punktu widzenia osobiście,
  • dzieliłe/aś się z dzieckiem kłopotami małżeńskimi, seksualnymi,
  • oczekiwałe/aś pomocy w znalezieniu rozwiązania „dorosłych” problemów

- to sprawiałe/aś, że dziecko było obarczone odpowiedzialnością, która przerastała jego psychiczne możliwości i, w związku z tym, nie zbudowało ono jasnych granic określających, za co odpowiadają rodzice, a za co dzieci.

Teraz, gdy nadchodzi czas wejścia w samodzielne życie, nie umie ono swobodnie oddzielić się od domu rodzinnego, bo nie wie, jakie ma prawa a jakie obowiązki. Twoim zadaniem jest uświadomienie tego potomstwu. Pomocne może być wielokrotne głośne podkreślenie, że decyzje o partnerstwie były Twoimi decyzjami i dziecko nie odpowiada za wynikłe z tego skutki. Że Ty odpowiadasz za swoje relacje z rodziną, swoją przyszłość, samopoczucie, decyzje, szczęście. A dziecko – teraz dorosły człowiek odpowiada samo za siebie. To, co trzeba przekazać dziecku, to informację, że jego szczęście, sukces, poszukiwanie własnej, niecodziennej drogi przyniesie rodzicowi radość. A często pokazujemy potomstwu coś zupełnie przeciwnego. Wiele osób uważa, że martwiąc się i dając wyraz swoim obawom okazują tym samym miłość. Zapominają przy tym, że martwiąc się dają równocześnie sygnał, iż nie ufają osobie, o którą się martwią, nie wierzą, że jest w stanie sobie poradzić. Nie ma więc co się dziwić, że taka osoba nie odczuwa wdzięczności a raczej reaguje złością, zdenerwowaniem, odrzuceniem.

Sympatia mojego dziecka


Niezwykle ważna przy dorastaniu dziecka staje się postawa rodzica względem jego partnera, sympatii i przyjaciół. Czy cieszy się nowymi więziami dziecka czy postrzega je jako zagrożenie swojej pozycji. Odwieczne dowcipy o teściowych dobrze obrazują tę sytuację. Matka nie chce zrezygnować ze swoich praw w stosunku do syna. Rywalizuje z synową w sprawach kuchni, wychowania dzieci, dogadzania upodobaniom syna. Z miłości do syna wpędza go w konflikt - komu winien jestem lojalność? Kto jest dla mnie ważniejszy?

Ojcowie postępują inaczej. Potrafią „dopieszczać” swoje córki w sposób dowodzący zięciowi, że jest małym, nic nie znaczącym młodzikiem. Prawdziwa siła, moc (pieniądza, koneksji...) jest udziałem „wielkiego ojca”. Oba wzorce zachowań prowadzą do emocjonalnego zamętu i rodzą niezliczone konflikty. I to rolą rodzica jest „zwolnienie” dziecka z obowiązku lojalności. Udowodnienie potomkowi, że jego odejście nie jest niewdzięcznością, głupotą, złym wyborem. Zadaniem rodziców jest „zejść ze sceny”, gdy młodzi zaczynają budować swoje związki. Jeśli rodzic zwalcza partnera dziecka, ma wielkie szanse odnieść pyrrusowe zwycięstwo. Podkreślając jego ujemne cechy, utrudnia mu zadanie zbudowania wzajemnie wspierającej relacji. Czy tym sposobem wspomaga dziecko? O ileż łatwiej jest młodej osobie radzić sobie ze stresami związanymi z budowaniem partnerstwa, gdy rodzice wskazują na zalety partnera, sposoby rozwiązania konfliktu, opowiadają o swoich doświadczeniach w analogicznych sytuacjach.

Pamiętaj: jeśli obniżałe/aś autorytet drugiego rodzica dziecka – masz jeszcze okazję nadrobić zaległości.

Każdy człowiek ma zalety (miał, gdy wybierałe/aś go na rodzica swojego potomstwa). Pokaż dziecku te cechy, chwal w swojej” pociesze” zalety odziedziczone po rodzicu. Szczególnie ważne jest dla córki zaakceptowanie matki, a dla syna respekt dla ojca. W przeciwnym razie „wypuszczasz” w życie człowieka, który nie może zaakceptować swojej wewnętrznej matki czy ojca i przez to neguje ważną – podstawową część swojej osobowości – swoją płeć. Ale psychiczne odrzucenie któregokolwiek z rodziców odbija się zazwyczaj w życiu powieleniem tego wzorca zachowania, z powodu którego nastąpiło odrzucenie. Dzieci alkoholików powielają uzależnienie, chociaż wydaje im się, że nie mają z problemem rodzica nic wspólnego. Wzorzec (odrzucony, niezrozumiany) pojawia się w życiu w innej formie; jako uzależnienie od drugiej osoby, od komputera, od jedzenia...

Jeżeli dorastanie dzieci wywołuje negatywne wspomnienia dotyczące własnych doświadczeń z opuszczaniem domu, wtedy zdanie sobie sprawy z tego, że związane z tym uczucia dotyczą przeszłości, może pomóc w oddzieleniu ich od sytuacji dzisiejszej.

Podzielenie się swoimi reakcjami i wspomnieniami może przynieść ulgę a także zrozumienie ze strony dzieci. Dzielenie się z dziećmi, partnerem, rodzeństwem czy dalszą rodziną swoimi doświadczeniami z przeszłości jest podwójnie pożyteczne. Po pierwsze daje rodzicom okazję do przemyśleń i lepszego zrozumienia swoich zachowań, uczuć oraz reakcji na obecne zdarzenia, a po drugie daje młodym większy zasób doświadczeń, z których mogą czerpać mądrość życiową. Przy okazji przypominają sobie, jacy byli, gdy przechodzili podobne życiowe próby jak teraz ich dzieci.

Rodzice, którzy żyją dla dzieci, którzy realizują swoje marzenia poprzez dzieci, którzy narzucają dzieciom życiowe wybory, mają przed sobą najtrudniejsze zadanie. Chcąc dać dziecku szansę samorealizacji, muszą odnaleźć w swoim życiu sens i nadać mu nowy kierunek. Uzależnianie przez rodzica swojego szczęścia od zrealizowania swoich marzeń przez własne dziecko jest karkołomnym przedsięwzięciem, które zazwyczaj prowadzi do frustracji i nieporozumień. Każdy człowiek jest inny, ma odmienne zdolności, upodobania, możliwości. Wspieranie wyborów, które radują „duszę” dziecka, nawet wtedy, gdy są to wybory nie wróżące łatwego materialnie życia, jest lepsze niż naginanie psychiki młodej osoby do rodzicielskiej wizji szczęścia.

Najwspanialszą inwestycją w dzieci jest pokazanie im, że rodzice potrafią być szczęśliwi, że są w stanie znaleźć sens życia poprzez rozwijanie hobby, „nadrabianie zaległości” w odpoczywaniu w ulubiony sposób, czytaniu, uczeniu się nowych umiejętności, podróżowaniu, uprawianiu działki, prowadzeniu życia towarzyskiego - robieniu rzeczy, na które w okresie obciążenia obowiązkami wychowawczymi i zarobkowymi nie było sił, czasu, funduszy. Nawet, jeżeli przez lata trwała „wojna podjazdowa” o względy dzieci, sprzymierzanie się z nimi przeciwko partnerowi, obniżanie jego wartości w oczach dzieci, to można te błędy naprawić zbliżając się ponownie do partnera lub uniezależniając od niego poprzez odkrycie radości życia w zajęciach przynoszących spełnienie. Dorastanie dzieci i ich odchodzenie z domu można wykorzystać, aby wprowadzić nowe rytuały wspólnego spędzania czasu lub przeciwnie, aby nauczyć się na nowo korzystania z wolności po swojemu, z poszanowaniem odmienności potrzeb i upodobań partnera a jeśli taka przebudowa jest niemożliwa – decydując się na życie oddzielnie. Pokazanie dzieciom, że dorosły jest odpowiedzialny za przystosowanie się do nowych warunków życia, uwalnia dzieci od poczucia winy, że porzucają „biednych” rodziców i daje im wzór do naśladowania, budzi wiarę w radzenie sobie ze zmiennymi kolejami życia, rodzi zaufanie do losu.

Niełatwym zadaniem jest zaakceptowanie życiowych wyborów własnego dziecka. Każdy rodzic pragnie, aby jego pociechy wiodły szczęśliwe życie. I ma swoje wyobrażenie o drodze, która prowadzi do szczęścia. Niestety, jak pokazuje życie, czas nieubłaganie dezaktualizuje „recepty na szczęście”. To, co wydawało się 25 lat temu rozsądne i rokujące sukces, dzisiaj wydaje się młodym przestarzałe, naiwne, nieżyciowe... Pozwólmy dzieciom eksperymentować! To ich życie! Im więcej wiary w możliwości dzieci okażemy swoim „zstępnym”, tym większe są szanse, że uwierzą w siebie. Może w Twoim domu nikt Cię nie inspirował wiarą w Twoje możliwości, może wychowałe/aś się w rodzinie krytykantów i czarnowidzów lub troskliwych zamartwiaczy, może Twoi rodzice nie umieli cieszyć się Twoimi sukcesami... Możesz przenieść te i inne wzorce na następne pokolenie lub skupić się na celu swoich zabiegów. Czemu ma służyć to, co robisz i mówisz? Co jest Twoją prawdziwą troską, o czym marzysz, co pragniesz osiągnąć postępując w określony sposób? Zadając sobie tego typu pytania, ukierunkowujemy swoje zachowania na rzeczywiste cele, możemy wtedy wypowiadać się szczerze i uczciwie. Zawsze mów o swoich intencjach a dopiero potem „podawaj recepty” i to mówiąc w pierwszej osobie, nie uogólniając swoich doświadczeń na mądrość ludzkości. Jeżeli naszym przykładem dowiedziemy słuszności naszej drogi – jest wielce prawdopodobne, że młodzi z czasem docenią nasze wartości i zasady. Jeżeli jednak zasypujemy młodych setkami nakazów, rad i pogróżek, sami wiodąc mało udane życie, to w oczywisty sposób rodzi się pytanie: jakie mamy podstawy by doradzać i wymądrzać się skoro nie potrafiliśmy tego zastosować w praktyce? Znacznie bardziej przekonywujący jest sukces niż opowiadanie o sukcesie, lub tłumaczenie, dlaczego nam się nie mogło udać i oskarżanie ludzi i losu o swoje niepowodzenia.

Dowiedź swojej prawdy życiem, a nie będziesz musiał dowodzić jej słowami, złością, płaczem, odrzuceniem, tyranią, manipulacjami, szantażem... Jeśli finansujesz dorosłe dziecko, przedyskutuj z młodym człowiekiem konsekwencje finansowego uzależnienia. Ustal zasady dysponowania „majątkiem” zawczasu, żeby obszar reguł „domyślnych” był jak najwęższy. Dając, nie odbieraj potomstwu wolności. Przykładem może być przekonanie rodzica, że skoro finansuje remont mieszkania dziecka, to tym samym decyduje o kolorach ścian i o wyborze mebli. Warto zapytać siebie, po co pomagam dziecku odremontować mieszkanie? Żeby urządzić je tak, bym to ja dobrze się w nim czuł/a, czy robię to dla jego dobra? A może w planach jest wynajęcie mieszkania za dwa lata i trzeba pójść na kompromis? Jasność i jawność planów i intencji daje największą szansę na dobre porozumienie i na prawidłowe dojrzewanie młodszego pokolenia.

W trudnej sytuacji są rodzice, którzy mają poczucie winy, że nie dali dziecku tyle ile powinni i teraz usiłują odrobić zaległości. W szczególności rodzice, którzy pracując nie mieli czasu dla dzieci i zabijali poczucie winy kupowaniem potomstwu wszystkiego, co wydawało się, że może zaspokoić dziecięcy niedosyt miłości. Takie dzieci nie musiały uczyć się zdobywania niczego, mogły nie mieć motywacji do nauki czy wysiłku – wszystko dawało się wydobyć z rodziców bazując na ich poczuciu winy. Teraz, kiedy przyszedł czas wejścia w życie, młody człowiek może nie być gotowy na samodzielne stawienie czoła życiu. Ciągła opieka rodziców przedłuża jednak jego okres nieopierzenia i obniża szanse na dojrzałość. Prawdziwą miłością może okazać się konsekwencja w obciążaniu dziecka coraz większą odpowiedzialnością. Przy zagubieniu się w roli rodzica, można skorzystać z doradztwa czy to profesjonalnego, czy też po prostu przyglądając się sytuacji oczami innych (ale trzeźwych, życzliwych i dalekowzrocznych) ludzi.

W każdej sytuacji „wyłożenie kart na stół” jest lepsze, niż udawanie, że nie ma problemu. Zejście z pozycji - piedestału „jestem starszy, więc wiem lepiej” daje ogromną szansę na wyjście z impasu. Nasze dzieci są kopalnią obserwacji, przemyśleń i rozwiązań. Tylko – dajmy im równe szanse! Traktujmy je partnersko i uczciwie przy podejmowaniu decyzji, które dotyczą także ich losu. Jeśli chcemy nauczyć dziecko szacunku dla drugiej osoby, cenienia zdania innych, brania pod uwagę odmiennego punktu widzenia, akceptowania niecodziennych upodobań i zainteresowań, róbmy to w stosunku do swoich najbliższych. Pokażmy młodym, jak to stosować praktycznie, a nie krytykujmy ich za braki w tej dziedzinie.

I jeszcze jedno ważne spostrzeżenie, które może uwolnić wielu rodziców od rozterek wychowawczych. Nasze dzieci zachowują się najbardziej nieodpowiedzialnie i wyzywająco na terenie domów rodzicielskich. Natomiast, gdy trafiają między obcych, nagle wyciągają jak z kapelusza wszystkie zasady, które rodzice wpajali im (wydawało się, że bezskutecznie) przez lata.











Oceń artykuł:


Skomentuj artykuł
Zobacz komentarze do tego artykułu

  • Opuścić rodzinne gniazdo

    Autor: impresja   Data: 2012-07-07, 16:41:23               Odpowiedz

    Dziękuję za wspaniały artykuł.
    Dom-ciche pole bitwy.
    .
    .
    .
    .
    .
    Wszystkie "kropki" jednak zaliczyłam.
    Zabawne?
    Raczej smutne.
    I mam teraz co mam,ale mam wiedzę i nadzieję,że w każdym miejscu może być czas na zmianę.
    ... Czytaj dalej

Zobacz więcej komentarzy