Forum dyskusyjne

Problemy w dorosłym życiu przez straconą młodość.

Autor: nosacz88   Data: 2019-09-15, 13:51:05               

Witajcie,

Może od razu napiszę, w czym rzecz. Wychowałem się w toksycznym domu pełnym wyzwisk, wyśmiewań i szydzenia z siebie nawzajem. Mój ojciec założył rodzinę mieszkając u rodziców, więc nie dbał za bardzo o rachunki, żonę, mnie i siostrę. Prowadził firmę, ale wszystko na kredyty, które go w końcu zniszczyły. Kiedy bankructwo toczyło się w najlepsze, ja jako nastolatek straciłem wszystkie zainteresowania, bo ograniczaliśmy się do podstawowych rzeczy niezbędnych do życia. W tamtej chwili ojciec oświadczył, że ma kochankę. Przez jakiś rok wychodziłem do szkoły z domu, gdzie ojciec jadał, ale w którym nie spał, gdzie piętro niżej mieszkali jego rodzice i siostra, a chudnąca z upokorzenia matka (straciła jakieś 25 kilo) razem z nami. Opuściłem się wtedy w nauce.

Mieszkaliśmy w zachodniej Polsce. Rodzice ojca oświadczyli matce, że (mając zajętą przez komornika pensję przez długi byłego męża) musi się wynieść, choć dzieci mogą zostać. Miałem wtedy 15 lat. Poszliśmy za matką i trafiliśmy do znacznie mniejszego, przemysłowego miasta z upadającą już wówczas hutą. I tak trafiłem z klasy średniej między blokowych nastolatków z klasy robotniczej. Jako miłośnik książek nie potrafiłem się tam odnaleźć.

Tak jak mój ojciec w kryzysowej sytuacji wybrał zadowolenie własnego przyrodzenia zamiast walki i przyszłość dzieci udowadniając, że jest dorosłym chłopczykiem znad mamusinego obiadku, tak moja matka w tej materii również była i jest nadal osobą o mentalności głupiej nastolatki. Ciuszka, fryzurki, zero poważnych rozmów, które kończą się tym, że 54-letnia matka w środku nocy zakłada wysokie buty i poprawia makijaż i wychodzi z mieszkania (bardzo rzadko przyjeżdżam) bo "ona jest nieszczęśliwa", w dodatku zarzuca mi, że "nie wspierałem jej dobrymi ocenami kiedy zdradzał ją mąż". Miałem wtedy 13-14 lat.

Mam za sobą zawalone studia, wiele załamań nerwowych, nieudane wizyty u psychologów i psychiatrów, którzy powtarzali wiecznie te same schematy i próbowali faszerować mnie proszkami. Domowa sytuacja sprawiła jednak, że stałem się w młodym wieku zbyt dojrzały. Nie potrafiłem być beztroskim nastolatkiem, słuchającym hormonów, rozwijającym zainteresowania, chronionym przez dorosłych przed zbyt wczesnym wejściem w ich świat.

Mój problem polega na tym, że przez w/w wydarzenia rozwinęła się u mnie w młodym wieku świadomość najgorszych świństw u dorosłych. Mam obecnie 31 lat i same nieudane związki za sobą, w tym ostatni 5-letni. Sam się zatrudniam, ale to bardziej ze strachu przed trafieniem do jakiegoś "zespołu" w korpo (od dwóch lat mieszkam w stolicy), która kojarzy mi się ze szkołą, gdzie mając złą sytuację w domu nie potrafiłem być silny, tylko wiecznie się wycofywałem i zgodnie z więzienną psychologią szkoły byłem zawsze ofiarą, której dokuczano, wiedząc, że nikt się za mną nie wstawi. Do dziś nie potrafię się tego pozbyć z głowy.

Nie potrafiłem się nigdy umówić na randkę, zapomnieć się i zacząć tańczyć w klubie. Nigdy też nie potrafiłem czynić awansów do kobiet, zawsze mając przed oczami zmieniającymi co chwila laski ojca. Wczoraj poszedłem nad Wisłę i zobaczyłem ludzi będących w wieku, w którym 10 lat temu byłem ja. Zrozumiałem, że mentalnie byłem osobą w tym wieku co teraz i strasznie ich nienawidzę, że potrafią być młodzi, cieszyć się emocjami, kochać niewykalkulowaną miłością. Wiem też, że w moim wieku pozostają mężatki i panny z dziećmi.

Ostatni związek był z osobą, która tak jak moi rodzice wychowała się pod kloszem. Ja wynajmuję już od kilkunastu lat, ale ona mieszkała u rodziców prawie do trzydziestki. Ja prowadziłem swoją jednoosobową działalność (jestem freelancerem). Kilka razy uwierzyłem w jej zapewnienia pomocy przy istniejących projektach i brałem więcej, niż sam byłem w stanie udźwignąć. Skutek łatwo przewidzieć - przestałem się wyrabiać, zbankrutowałem, trafiłem do call center. Nie wytrzymałem. Zerwałem ten związek, choć ona nadal twierdzi, jak to mnie ona nie kochała i jak mnie nie wspierała. Tylko to ja do dziś mam telefony od ludzi, którzy ponad rok czekają na projekty, których nigdy nie dokończę.

Czego żałuję? Że nie mogłem być przez kilka lat tak młody, jak moi rodzicie "są" do tej pory wyrósłszy pod kloszami. Tłukę się po kraju po wynajętych mieszkania, wspomniana wyżej "zdrada" dziewczyny w kwestii firmy sprawiła, że mając 31 lat jestem w sytuacji zabiedzonego studenciny. Ile razy idę między ludzi, to po radości spowodowanej powierzchownym gadaniem zgłębianie znajomości kończy się ich zerwaniem, gdyż natrafiam na "punkt krytyczny", w którym z automatu uciekam "do własnego świata", czyli zaczynam "zamulać". Wczoraj wybrałem się z kolegą (też "świeży" kawaler po trzydziestce po rozstaniu) do knajp. On zdobył parę numerów telefonów od kobiet, a ja nie potrafiłem się odezwać. Znowu się "wycofałem". Czuję, jakby ten młody świat mnie ominął. Może dlatego, że na studiach nosiłem buty do zdarcia i studiując w świętokrzyskiem (nie było wtedy mowy o kasie na przeprowadzkę do żadnego większego miasta) nie miałem nawet dostępu do wiedzy na temat prac, kierunków studiów i możliwości, których dziś jest świadomy przeciętny 20-latek z jakiegoś w miarę normalnego domu.

Na tę chwilę wegetuję. Jak widać, tych problemów trochę jest i przeplatają się ze sobą. Nie pamiętam w życiu momentu, w którym czułbym się pewny siebie, akceptowany, po prostu szczęśliwy. Zawsze mi mówiono, że tylko unieszczęśliwiam innych, że jestem tępy, że mam dwie lewe ręce, że jetem ofermą, siermięgą. Ale co innego można usłyszeć od rodziców, którzy sami nie chcieli dorosnąć?

Dużo odwołań do rodziny, do szkoły, a ja mam 31 lat. Nie potrafię pozbyć się pamięci o bólu, upokorzeniach, momentach, w których byłem sam jak palec i nie miałem wsparcia absolutnie znikąd. Za to ciągle słuchałem, że za małą wdzięczność okazuję ludziom za to, że mam co jeść i mam ubranie na grzbiecie, bo "dzieci w domu dziecka tego nie mają".

Często myślę o pozbawieniu się życia. W tym wieku i w tej sytuacji, poza tym mam nadwagę (5 lat jeżdżenia po Polsce i jedzenia na dworcach), która w końcu rozwaliła mi ścięgna, rozcięgna i doprowadziła do problemów nawet z czynnościami fizjologicznymi. Był to najświeższy moment (ostatnie półtora roku do dziś), kiedy zrozumiałem, że jestem sam, gdy w metrze chcieli mnie badać alkomatem sądząc, że jestem pijany, bo trzymałem się ścian z bólu w stopach. Zadzwoniłem wówczas do rodziców o pomoc z lekarzem i usłyszałem, że mam się "wynieść z Warszawy gdzieś, gdzie jest taniej" to może na NFZ trafię nie za rok tylko za miesiąc.

Nie wiem, czy tutaj dobrze przedstawiłem swój problem, czy wyszło z tego użalanie się nad sobą. Nie będę miał pretensji, kiedy ktoś mi zarzuci to drugie. Dziś jestem absolutnie sam - bez kobiety, bez rodziny, bez przyjaciół, w wynajętym pokoju, bez umiejętności na jakąkolwiek ambitniejszą pracę, bez wsparcia psychicznego, moralnego. Przepadła szansa z firmą, kiedy mogłem zarobić chociażby na własną kawalerkę, a pracowałem zawsze z myślą o tej drugiej osobie, i ciosem w twarz było uświadomienie sobie, że straciłem kilkadziesiąt tysięcy zł przez wmawianie sobie, że jestem w związku, którego nigdy nie było.

Kończę. Jeśli możecie pomóc, pomóżcie. Jeśli wyszło z tego masło maślane, to niech admin skasuje. Jestem zrezygnowany, więc i tak mnie to nie wzruszy.

Pozdrawiam

Odpowiedz


Sortuj:     Pokaż treść wszystkich wpisów w wątku