Forum dyskusyjne

zwiazki-moj koszmar

Autor: tomaloo86   Data: 2019-09-10, 18:52:02               

Cześć wszystkim. Chciałbym Wam opisać problem z którym się zmagam i który nie daję mi od ponad miesiąca żyć, bo czuję się jakbym zderzył się ze ścianą. Otóż, mam 33 lata, a mam wrażenie jakbym w pewnych sprawach miał 15 a jest to dokładnie problem z budowaniem trwałych relacji z kobietami. Jestem w związku z dziewczyna od 1,5roku. Związałem się z nią po 5 letnim związku, który siłą rzeczy musiał się w końcu posypać, mimo tego, że był planowany ślub a gdzieś w podświadomości czułem, że to nie to, jednak trwałem w tym związku, bo było mi dobrze i generalnie nie chciałem nic zmienić pod tym względem w moim życiu, aż w końcu zostałem sam w wieku 32lat. Myslałem, że życie mi się załamało, bo dotarło do mnie co się stało i że tak naprawdę doprowadziłem do tego na własne życzenie. Miałem mnóstwo żalu do poprzedniej partnerki, ale mimo wszystko czułem też, że stało się dobrze i że sobie kogoś z czasem znajdę. I znalazłem, po około dwóch miesiącach zacząłem się spotykać z cudowną osobą. Szczerze, to nie mogłem uwierzyć, że spotkało mnie takie szczęście. Totalnie ześwirowałem na puncie nowej dziewczyny. Byłem jak na haju, spóźniałem się przez to do pracy, bo każdy poranek celebrowaliśmy śniadaniem, z łóżka nie wychodziliśmy, odizolowaliśmy się też trochę od rodziny, generalnie, poczułem, że to jest to w 1000%. Nie miałem, żadnych wątpliwości, aż bałem się na głos wypowiedzieć słowa, że się zakochałem. To było potwornie mocne uczucie, biegałem z kwiatami jak nastolatek. Totalnie romantyczna miłość jak z filmu. Mnóstwo wspólnych wypadów, seksu, przytulania itp. Po prostu słodko. Po 6mcach oświadczyłem się a po 8 miesiącach zamieszkaliśmy razem. 1,5 roku teraz razem. Zastanawiacie się w czym problem. No i zaczęło się, w pewnym momencie partnerka zaczęła mnie irytować jakimiś głupimi sprawami, a to, że śpiewa za głośno, a to, że jest za bardzo spontaniczna, a to, że czegoś nie wiedziała co jest dla mnie oczywiste itp., itd. Ja oczywiście, zamiast podejść z luzem do tych spraw i z takim podejściem, że przecież jest ona inną osobą i nie mogę oczekiwać od niej swojego odbicia lustrzanego, to dusiłem w sobie jakieś nerwy, ale nie uzewnętrzniałem się, bo wiedziałem, że będzie to też złe, że się czepiam o takie pierdoły. Miałem wrażenie, że jest już moja i w sumie mogę oddać się pracy, marudzić, czasami strzelić focha i próbować ją w jakiś sposób zmienić. Totalna ignorancja! Dzisiaj to wiem. Nigdy nie poznałem osoby: która tak o mnie dba, w której mam takie wsparcie, z którą mogę świetnie się bawić na imprezie z kumplami i na imprezie rodzinnej, mogę z nią spać pod namiotem bez fochów, że jej niewygodnie, mogłem z nią marzyć i robić wszystko na co mamy ochotę. Tylko oczywiście, nie mogłem tego uszanować, dbać o ten związek tylko powtórzyłem standardowy schemat, nie doceniłem, nie wykazałem się dostatecznie empatią i zrozumieniem. Czyli zrobiłem to co w każdym moim związku, gdzie tu mimo mojego wieku powinienem mieć już rozum i świadomość, że już nie ma czasu na szukanie kolejnej wybranki tym bardziej, że trafiła mi się tak cudowna osoba o niesamowitej wrażliwości, po prostu anioł. Pewnego ranka obudziłem się i podczas rozmowy i jej opowieści o śnie wpadła mi do głowy straszna myśl, że ja tego ślubu to chyba nie chce i poczułem nagły, potworny stres i lęk połączony z bólami żołądka. Dostałem jakby przebudzenia. Od tamtej chwili nie było minuty żebym nie myślał o naszym związku i nie poddawał ocenie każdego jej zachowania i wypowiedzi badając tym samym swoją reakcję. W tamtym momencie było to dla mnie szokiem bo wiedziałem jak ją kocham a tu nagle takie myśli. Nie mogłem nic jeść. Poszedłem do psychoterapeuty który mnie trochę uspokoił, bo myślałem, że to wszystko jest połączone z pracą w której przeżyłem duży stres z powodu zmiany stanowiska, co w sumie do dzisiaj łączę z moim kryzysem emocjonalnym, bo jak można jednego dnia kochać tak mocno kogoś a za kilka dni, mieć wątpliwości co do ślubu. To wszystko sprawiło, że zacząłem brać psychotropy, przestałem jeść, schudłem w ciągu około tygodnia, dwóch około 7kg, czułem się jak żywy trup. Miałem totalnie nieprzespanych chyba z 8 nocy, w których targały mną straszne wyrzuty sumienia i moja partnerka w moich oczach stawała się jeszcze totalnie wyidealizowana, gdzie jakieś wewnętrzne głosy mówiły mi: zobacz co narobiłeś, nie doceniłeś tak cudownej osoby, która się o Ciebie modliła, zmieniła swoje życie dla Ciebie, dba o Ciebie, wprowadziła tyle ciepła do Twojego mieszkania, życia a Ty znowu tego nie doceniłeś. Te wszystkie negatywne myśli sprawiły, że nie potrafię się określić ze swoimi uczuciami. Nie wiem czy kocham. Coś co tak całkiem niedawno było dla mnie najbardziej oczywistą sprawą w moim życiu jest dzisiaj moim koszmarem, bo to coś co dawało mi tyle radości zablokowało się z całą resztą moich marzeń, bo ja bez tego nie istnieję. Nawet nie myślę o budowaniu relacji z kimś innym! Nikt nie pojawił się w moim życiu kto mógłby namieszać w tej sferze. Nie cieszy mnie nic. Nawet jak chciałbym porobić coś sam to nie wiem co mogłoby mi sprawić radość. Na siłownię nie mam ochoty, moje hobby fotografia mnie już nie cieszy, jedynie co to gapię się czasami w telefon i oglądam głupie obrazki w sieci, albo czytam jakąś książkę. Może minął okres zauroczenia, opadły hormony, a ja nie potrafię poradzić sobie ze zmianą i szukam dopaminy jak narkotyku która tak mocno mnie wcześniej wypełniała. Problem jest we mnie, nie wiem jak się angażować, tak jakbym nie rozumiał miłości. Chodzę na psychoterapię, ale nie wiem czy coś to zmienia, wiem, że ja muszę podjąć decyzję co dalej z nami, ale chciałbym, żeby jakiś specjalista pomógł mi mnie zrozumieć. Nie wiem, jakie typu specjalizacji u psychoterapeuty mam szukać?

Odpowiedz


Sortuj:     Pokaż treść wszystkich wpisów w wątku