Forum dyskusyjne

Świeże małżeństwo i osoba trzecia...

Autor: bronka   Data: 2019-04-26, 08:44:59               

Witam wam,
Zdaję sobie sprawę z tego iż nie uzyskam tutaj odpowiedzi i gotowych rozwiązań na swoje życiowe problemy, ale sama chęć podzielenia się problemami z kimś innym daję już pewną ulgę.
Zacznę od tego iż mam 25 lat, w tamtym roku skończyłam studia, zaczęłam studia podyplomowe, wzięłam ślub w sierpniu, kupiliśmy z mężem mieszkanie, przeprowadziliśmy się i również poznałam jego, osobę trzecią.. - krótką mówiąc, rok pełen zawirowań.
Z mężem jesteśmy w związku od 9 lat, od 4 lat jako narzeczeni. Nasz związek, niby spokojny, zaczął się w liceum, po drodze miałam różne swoje rozterki i próbowałam sił z innymi rówieśnikami lecz zawsze kończyło się to ogromną tęsknotą i powrotem do obecnego dzisiaj męża.
Wątpliwości przed zawarciem ślubu zaczęłam mieć we wrześniu - niecały rok przed ślubem. Denerwowało mnie w nim to, że nie ma w ogóle chęci nauki świata, że nie jest niczego ciekawy. Nie ma ochoty zaczynać studiów, nie chce mu się uczyć czegokolwiek nowego, nie umie żadnego języka obcego, niczym się nie interesuje, nie ma swoich pasji - krótko mówiąc brakuje mi z nim trochę jakby życia, czułam, że to ja go ciągnę do góry o on ukrywa się pod moimi skrzydłami. Jest raczej zamknięty w sobie, mało mówi w towarzystwie, nie jest spontaniczny, ja za to jestem przeciwieństwem.

Szybko stwierdziłam, że są to tylko chwilowe problemy i starałam się je szybko usunąć z głowy. Jako osoba szukająca ciągle czegoś nowego, na feriach w zeszłym roku zapisałam się do projektu który polegał na prowadzeniu zajęć podczas 2 tygodniowych ferii w szkole. Szkoła do której trafiłam, mieści się w miejscowości w której moja firma posiada swój oddział w którym pracuje dyrektor (osoba trzecia) ja od kilku lat pracuje w centrali, stąd też znaliśmy się wcześniej, lecz nie jakoś specjalnie blisko.
Pech chciał, że od tamtego czasu zaczęliśmy się do siebie zbliżać. Jest to facet po rozwodzie, z dwójką dzieci, mieszka sam i jest 21 lat starszy.. Wszystkie te fakty, w niczym mi tak naprawdę nie przeszkadzają, z pewnością po roku czasu mogę stwierdzić, że się w nim zakochałam... Z obecny mężem zaczęło się coraz gorzej układać, przyznał mi się po tylu latach, że nie zdał matury - tyle lat mnie oszukiwał, a ja oczekiwałam od niego zdobycia coraz wyższego wykształcenia, tak samo jak od siebie wymagam, może i nie słusznie...
Brnęłam wtedy ślepo w tą znajomość, miał wszystko czego mi brakowało w obcecnym mężu, wyższą posadę, wiedzę, którą chciałabym mieć, dodatkowo ukończył te same studia podyplomowe co ja i uzyskał po nich licencję do wykonywania wolnego zawodu, tragedia. Wszystko co mi brakowało, nagle w jednym człowieku. Jego sponatniczność, wiedza o świecie, rozmowy na innym "stopniu" dojrzałości niż z obcecnym mężem, takie pełne zrozumienia i tej dojrzałości, wszystko. Wpadłam jak śliwka w kompot. Zaczęliśmy się spotykać coraz częściej i coraz bardziej się do siebie przybliżać. Z jednej strony czułam się przy nim naprawdę bardzo dobrze, z czasem zaczęłam też dostrzegać jakieś negatywne aspekty, lecz w nie przeszkadzały mi one na tyle, żeby zrezygnować z tej znajomości. Z jednej strony nie przeszkadzały z drugiej strony nie chciałam rozwalać swojego wieloletniego związku i zaplanowanej wspólnej przyszłości. Poleciłam się wizycie u psychologa, który też uświadomił mi że nie jest to czas na ślub i że związek z dużo starszym mężczyzną też nie jest dla mnie, że z pewnością ma wiele więcej takich kobiet jak ja. Trzymałam się mocno tej myśli, nie chciałam niczego psuć, ani znajomości która daje mi tyle radości ani psuć wieloletniego związku.
Psuło się coraz bardziej, chciałam odejść tuż przed ślubem, zbliżyłam się do osoby trzeciej zbyt bardzo, aż za bardzo... miałam czarne myśli, byłam załamana na myśl o tym, że przyszły mąż mi nie wybaczy, czułam się fatalnie i o wszystkim powiedziałam obecnemu mężowi - wybaczył mi wszystko i stąd odzyskałam wtedy wiarę w to, że to musi być miłość skoro nagle zaczęłam tego żałować i mając również wspomnienia że zawsze do niego wracałam - wzięliśmy ślub.
Po ślubie w sierpniu, dalej się spotykałam z osobą trzecią... nie potrafiłam się odłączyć z dnia na dzień. Po ślubie już do niczego nigdy nie doszło, prócz przytulenia. Od jakiegoś czasu, zaczął urywać znajomość. Dał jasno mi do zrozumienia podczas spotkania, że za długo jest sam, że czas kogoś poszukać i że nie możemy się spotykać, bo przecież jestem mężatką.
Załamałam się totalnie, po drodze odkryłam, że mąż przez dwa miesiące udawał, że chodził codziennie do pracy po czym zmienił pracę. Byłam strasznie zła, w końcu od niedawna mieszkamy razem i nie stać nas na życie z jednej pensji. W sumie to mu wybaczyłam to, że ukrywał ten fakt. Bardziej zabolało mnie urywanie kontaktu z osobą trzecią.
Nie mogę dojść do siebie, widuje go raz na tydzień, dwa w pracy, jak musi przyjechać do centrali.
Płakać mi się chcę cały czas, ciągle o nim myślę, ciągle mi się śni, ciągle się zastanawiam co robi, ciąglę myślę co by było gdyby.. no właśnie, co by było gdyby...
Nie mam już sił na nic, nie chce aby on dawał mi ultimatum, albo rozwód i dalej w to brniemy albo koniec znajomości. Ja naprawdę chciałabym być tylko szczęśliwa.... nie potrafię się zdecydować co robić, czy faktycznie trwanie w takim małżeństwie nie przyniesie mi nic dobrego prędzej czy później i lepiej to zakończyć i dać sobie wolną rękę czy może jednak warto przeczekać jeszcze chwilę i zobaczyć co czas pokaże... naprawdę się zakochałam w starszym mężczyźnie ode mnie... związek z nim kosztowałby mnie naprawdę dużo, rozwód, na pewno chciałabym również zmienić pracę, nie jestem też samodzielna finansowo i myśl o tym, że będę dalej od kogoś zależna w pewnym stopniu też nie przynosi mi radości.
Utknęłam w martwym punkcie. Nie chcę tak żyć,nie wiedząc co robić. Mąż mnie kocha aż za bardzo, robi za mnie i dla mnie wszystko w pracach domowych...
Nie wiem czy trwać dalej w małżeństwie i przeczekać miłosny kryzys (który mam nadzieję, że minie), czy jednak zrezgnować z małżeństwa i dać sobie wolną rękę i próbować coś z osobą trzecią, nie chcę go traktować jako koła ratunkowego, bo zdaję sobie sprawę, że może się ono okazać betonowe... zdaję sobie również sprawę z tego, że być może on już kogoś ma i mnie "nie potrzebuje".
Może ktoś się znalazł w podobnej sytuacji i potrafi coś podpowiedzieć.. :(

Odpowiedz


Sortuj:     Pokaż treść wszystkich wpisów w wątku