Forum dyskusyjne

nie lubię mojej matki

Autor: kacia   Data: 2019-01-01, 14:14:38               

Witam serdecznie.

Postanowiłam tutaj napisać, chyba głównie po to, żeby się "wygadać", ale może też z nadzieją na odpowiedź, która wskaże jakiś trop na rozwiązanie mojej zagadki.

Nie znoszę mojej mamy i nie wiem dlaczego. Czy to zwykła różnica charakterów? A jeżeli tak, to dlaczego nie mogę tej różnicy zaakceptować?

Możecie mnie oceniać, nie boję się tego. Sama mam z jednej strony wyrzuty sumienia, a z drugiej usprawiedliwiam się, bo wiem, że moje emocje są nie do okiełznania na tą chwilę.

Moja mama dała mi tyle, ile potrafiła dać. Wiedziałam, że mnie kocha, wspiera (na swój sposób), jako dziecko czułam się bezpiecznie. Nigdy nie byłam przesadnie krytykowana, wyzywana, zaniedbana. Dostałam bardzo duże wsparcie finansowe już jako dorosły człowiek.

Nigdy jednak nie było między nami bliskiej więzi. Jako nastolatka i dorosła dziewczyna nie rozmawiałam o moich uczuciach, relacjach z przyjaciółmi, przemyśleniach o życiu itp. Było tylko przekazywanie informacji: o studiach, o planach na wakacje itp. Pytania o to, co sobie robię na obiad, jaką kupiłam kurtkę albo jaka u mnie pogoda. Zawsze mnie to irytowało, bo nie przepadam za takimi trywialnymi gadkami.

Mama starała się dotrzeć do mnie. Wiem, że byłaby w siódmym niebie gdybym opowiadała jej o moich koleżankach, o imprezach, o zakupach, miłościach itp. Ale ja nigdy nie miałam na to ochoty! Z resztą, w każdym prawie temacie mamy odmienne zdanie: zachowanie, które ja bym skrytykowała ona bardzo by pochwaliła, film, który by chętnie obejrzała dla mnie byłby nie do strawienia, itd, itp.

Obiektywnie nie mam jej nic do zarzucenia. Do dziś próbuje być dla mnie miła, cierpliwa, stara się w przygotowaniach na mój przyjazd itp. Ale nic to nie daje. Ja jej po prostu nie lubię i nie mogę jej zaakceptować. I to bez ważnego powodu!

Powody mojej niechęci do niej są żałosne. Irytuje mnie, to co mówi (zazwyczaj są to naokoło powtarzane te same głupkowate frazesy), irytuje mnie jej sposób prowadzenia domu (brud i nieporządek), do szału doprowadzają wciąż powtarzane błędy językowe.

A tak ściślej, to nie denerwują mnie konkretne rzeczy, np. 3 raz danego dnia powtórzone jakieś zdanie, które słyszę już od niej 1000 raz w moim życiu, ale podejście do tych zachowań. I tak np. według niej ciągłe gdakanie o wylanym mleku jest dobre, bo "nieważne co, ważne, żeby gadać", a poza tym "ludzie lubią tych co dużo gadają". W domu wcale nie jest brudno, to ja jestem jakaś "primadonna". I nieważne, że się robi błędy językowe, byle tylko inni zrozumieli co chce się im przekazać. Poza tym jada zawsze z łokciami na stole, ale jej zdanie w tej kwestii jest takie, że "ważne, żeby się najeść", a jak się komuś nie podobają łokcie na stole, to znaczy, że jest bucem.

Jak się w domu otworzy jakąś szafkę, to duża jest szansa na to, że cała zawartość spadnie na głowę. Zawsze słyszę, że nie ma gdzie pochować wszystkich rzeczy, chociaż dom ma ponad 200 m.kw.!

Dobrze wiem, że to jej dom, to jej przekonania, to jej życie. Wiem, że ma prawo być tym kim jest, a ja nie mam prawa próbować jej zmieniać. Wiem to oczywiście na poziomie umysłu, a nie na poziomie emocji. Gdy jestem w domu u mamy cała się w środku gotuję. Chciałabym na każdym kroku krzyczeć "ale ty jesteś głupia, że tak robisz/mówisz/myślisz". Nie robię tego oczywiście, ale myślę, że nie da się nie zauważyć sączącego się ze mnie jadu.

Nigdy już nie stanę się przyjaciółką mojej matki, ale chciałabym mieć przynajmniej poprawną, w miarę serdeczną relację. Chciałabym umieć jej przytaknąć, a myśleć swoje. Zaakceptować to, jaka jest i nie odczuwać potrzeby pokazania jej, że robi źle (oczywiście wiem, że to "źle" to tylko moja subiektywna ocena).

Problem tkwi gdzieś we mnie, ale nie potrafię go zlokalizować. Emocje, które odczuwam wskazują moim zdaniem na jakiś głęboki związek emocjonalny z matką (chociaż oczywiście nie w pozytywnym znaczeniu) czy na jakąś zależność emocjonalną lub identyfikację - w innym wypadku jej zachowania latałyby mi koło nosa.

Nie chcę kiedyś tych uczuć zanosić nad jej grób. Nie wiem ile mam czasu... Ja mam 30 lat, mama 60. Mam wspaniałego męża, maleńką córeczkę, wszystko się w moim życiu układa jak trzeba i zamiast cieszyć się pełną piersią z tego co mam, ja wciąż walczę z jakimiś kotłującymi się myślami, w centrum których jest moja matka. Często wyobrażam sobie jak jej wszystko wygarniam, albo np. jak inni komentują w jej obecności to, że w jej domu jest brudno. Dałoby mi to chorą satysfakcję.

Jest to CHORE! Czuję, że jestem okrutna i zła. Byłam u dwóch psychologów, żaden nie pomógł. Problem wydaje się głupi a rozwiązanie takie proste - wystarczy przecież dać matce spokój, myśleć swoje, mówić co innego. Odpuścić.

A ja nie mogę. Każdą wizytę, każdy telefon "odchorowywuję". Czasem myślę, że potrzebuję egzorcysty!

Pomocy!

Odpowiedz


Sortuj:     Pokaż treść wszystkich wpisów w wątku