Forum dyskusyjne

Zdrada, lęk

Autor: patka123   Data: 2018-12-14, 09:35:06               

Witam,
Piszę z problemem natury osobistej oraz długotrwałej. Jestem ze swoim narzeczonym od ponad 5 lat. Poznaliśmy się jeszcze jako "dzieciaki" na studiach. Związek był naprawdę udany, zakochaliśmy się od pierwszego wejrzenia w sobie. Na początku na studiach układało Nam się bardzo dobrze. Problemy pojawiły się wtedy, kiedy skończyliśmy studia. Rodzice wtedy już narzeczonego mocno naciskali na finanse - wyjechaliśmy do Anglii, gdzie obydwoje nie chcieliśmy być. On zrobił to z uległości wobec rodziców, ja z miłości do niego. Wtedy pojawiły się pierwsze problemy. Po pół roku wróciliśmy i obiecaliśmy sobie, ze sami będziemy podejmować wszystkie decyzje i kierować swoimi karierami. Na początku wprowadziliśmy się do jego rodziców aby ustabilizować finanse. Wtedy zaczęło się maksymalne wtrącanie jego rodziców, zwłaszcza matki, która wymuszała na nim podejmowanie decyzji zgodnie z jej oczekiwaniami chorobą i nerwicą. On jej słuchał, ja zeszłam na dalszy plan. Wyprosiłam abyśmy wyprowadzili się od nich, ale po roku stwierdził, że wracamy tam ze względu na finanse (obydwoje wtedy średnio zarabialiśmy), ale on wtedy miał na horyzoncie rozpoczęcie dobrze płatnej pracy w zawodzie. Ukończyliśmy te same studia i to co mnie zabolało najbardziej to to, że praca była z polecenia to dla mnie nie było tam miejsca pracy "bo nie". Po wielu przemyśleniach rozpoczęłam staż - wiemy jak są płatne. I wtedy rozpoczęły się docinki pod moim adresem ze strony jego rodziny. Chyba najbardziej "miłym" było usłyszenie, że jestem toksyczna, leniem i kariery już nie zrobię, więc powinnam iść na kasę do marketu. Na koniec skwitowali, że moja rodzina to biedacy. Ich nie zmienię, ale najbardziej mnie bolało to, że on mnie nie obronił i stwierdził, że oni chcą dobrze, a ja wszystko "demonizuję". Nie miałam gdzie iść - ,moi rodzice są daleko, budżet mi na to nie pozwalał do końca, zerwałam pod jego wpływem stosunki ze znajomymi byłam sama. Po kilku miesiącach znów go wybłagałam i wyprowadzilismy się - na dobre. Tak myślałam dopóki nie wracał do domu po pracy - spędzał każdy wolny czas u rodziców i mnie okłamywał, że korki były. Jego mama była takim rzepem, że wymuszała na nim telefony i sms codziennie (bo ma nerwicę i się denerwuję). Pytała się go czy ja mu gotuję, sprzątam itp. Było mi przykro i żal. Jego znowu nie było w domu, zaczął zarabiać potężne pieniądze do których ja nie miałam w ogóle dostępu. Wszystkie oszczędności lądowały u jego mamy. Ja już miałam swoją pracę, ale w porównaniu do jego pensji to były grosze. Mimo to, cieszyłam się. Bardzo się od siebie oddaliliśmy. Wszystko kończyło się krzykami i moją "demonizacją". Proponowałam psychologa, terapię dla par. Cokolwiek. Nic nie działało.W pewnym momencie dostrzegłam, że on nie ma znajomych, jest tylko z mamą, która doradza jak ustawić przyszłą żonę. I ma mnie, którą potrzebuje nawet do podjęcia decyzji w sprawie zakupu majtek i skarpetek. Zero bliskości, seksu. Nie miałam w domu partnera. Wracał do domu wiecznie zmęczony i po całym dniu w domu rodzinnym. A ja czekałam, czekałam i przeżywałam. W końcu "pozbierałam się". I chciałam odejść byłam już gotowa. I wtedy rozpoczęło się coś, o czym nawet nigdy bym nie pomyślała. Zdradziłam go z młodszym. Było to tylko raz. Wcześniej z nim chodziłam jako z kolegą porozmawiać o wspólnych pasjach. Powiedziałam to narzeczonemu. Obwinil mnie za wszystko. Za "wyrafinowane" zranienie i odebranie męskości. Teraz chcemy iść na terapię po tylu krzykach, tylu obwinieniach. Nie wiem jak to będzie. Zobaczymy.

Odpowiedz


Sortuj:     Pokaż treść wszystkich wpisów w wątku