Forum dyskusyjne

Terapia może ci zniszczyć życie.

Autor: TwardowskiPan   Data: 2018-10-24, 09:18:32               

Witam. chcę opisać i rozszerzyć trochę to co napisałem już w tytule.

Zacznę może od tego, że przez wiele lat żyłem z nieświadomością, że coś mi jest. Było to w zasadzie 20 lat temu, kiedy zaczęły się moje problemy. Był to okres znacznie lepszy niż okres kiedy udałem się już na terapią.

1. Idąc na terapię byłem studentem, który pomimo specyficznych problemów lękowych prowdził normalne życie. Byłem na 3 roku, chciałem się zbliżyć do dziwczyny, chodziłem na piwo, grałem regularnie w kosza i miałem pomimo lęków grono bliższych i dalszych znajomych.

Teraz mam 35 lat i od kilku lat zżera mnie lęk przed osamotnieniem. Studiów nie skończyłem, w związku nie byłem, wszyscy znajomi poszli do przodu, ja zostałem w blokach czekając na moment kiedy terapia upora sie już z moimi problemami i będę mógł sokojnie się zająć własnym życiem. Ten moment nigdy nie nadszedł a do problemów lękowych doszły zwykłe problemy życiowe.

2. Mój problem to erytrofobia. Udałem się z tym problemem do terapeuty psychodynamicznego, z przekonaniem że analiza rzeczywistości to to co mnie wyleczy. Spędziłem tam 3 lata i starałem się terapię przerwać 3 razy i dopiero za 3 się wyrwałem. Do terapii podszedłem jak do innej choroby. Chciałem po prostu najpierw się wyleczyć, a potem wrócić do życia. Takie podejście spowodowało, że po prostu z życia się wycofałem, koncentrując się na swojej psychice. Tak jakby najważniejszy stał się świat abstrakcji, świat analizy, psychologicznych terminów.

Mówiłem w zasadzie już po kilku miesiącach tej terapii, że jest gorzej, że rośnie we mnie przyzwolenie do wycofania, którego wcześniej nie było. Po prostu unikanie aktywności przynoszących lęk, może dawać ulgę. Pozorną ulgę za którą jednak się zapłaci w przyszłości. Terapeuta nie reagował. Potem był moment w którym mówiłem, że zaczynam bladnąć emocjonalnie i że życie, codzienności staje się szara. Jestem coraz bardziej odrętwiały i jakby wygaśnięty, blady wewnętrznie. Jakbym razem z lękiem unikał i wygaszał też wszystkie inne czucia. Radą było bycie bardziej uważnym i miałem zwracać uwagę na uczucia jakie się we mnie pojawiają.

Z terapii udało mi się wyrwać za 3 razem. Wcześniej terapeuta zawsze jakoś mnie przekonywal, żeby został w procesie, ja myślałem że rzeczywiście szkoda tracić ileś mieś pracy, jeśli zmiana może zaraz przyjść. A co jeśli za moment przyjdzie przełom a ja ucieknę akurat przed, marnując cały wcześniejszy czas? Chciałem jednak porozmawiać z terapeutą o samym procesie i problemie jaki z nią miałem. Miałem wrażenie, że terapeutka czasem jest bardziej spęta niż ja. W zasadzie nie było z nią wielkiego kontaktu. Cały czas robiła coś co nazywam ścianą. Po prostu milczała przez więszośc czasu. Jak zaczynałem o coś pytać to padało pytanie \"a co teraz czujesz?\"......w Końcu padło stwierdzenie, że to nie jest jej terapia, tylko moja. Tylko że ja chciałem pogadać o procesie i czynnikach, które mogą go zaburzać u sprawiać, że jest nieskuteczny. Odpowiedz jednak padła taka, że zacząłem się zastanawiać o co w tym wszystkim chodzi. O mnie czy terapeutę i terapię?

Ostatnie nasze spotkanie chyba wszystko dobrze podsumowuje. Terapeutka zapytała w końcu \"ale to ta terapia nic panu nie pomogła?\" i mi będąc głupio, powiedziałem, że czuję się stabilniejszy(bo po prostu unikałem już życia zupełnie, więc tym samym lęków było mniej) i ona się aż wzruszyła w tym momencie. Zrozumiałem, że chciała udowodnić coś sobie, że chciała poczuć że ma wpływ na moje zdrowie, jest dobrą terapeutką i jest kompetentna. I tak to wygląda. Terapeuta może was trzyamć w procesie i sam nawet nie będzie świadom do końca swoich intencji. Wasze zdrowie, życie może zejść na plan dalszy, a na pierwszym będzie ich satysfakcja, może pieniądze, może coś innego.

3. Z tej terapii wyszedłem z ogromnym problemem, który iem że nazywa się ruminacje. Tak głęboko wszedłem w świat abstrackji psychologicznej, rozpamiętywania wszystkiego, analizowania itd...że do dziś jak się budzę, to w myślach od razu jakbym przygotowywał rozmowę z psychologiem, o problemach, który u siebie dostrzegam. Cały czas myślę, czytam o zaburzeniach a lęk rośnie. Świat stał się czarny. Rodzice się nie kochają, mama mnie nie kocha, ludzie się nie kochają itd....To jest wynik zanurzenia się w negatywizmie psychoterapii. Świat stał się pełen cierpienia, zła, złych relacji, których nie da się uniknąć, bo przecież żonę będzies miał jak matkę itd...To wszystko przyczyniło się do tego, że ja już w zasadzie nie potrafię wykrzesać z siebie ochoty i motywacji do życia. Po co i na co? żeby mnie odrzucono, skrzywdzono? Przecież to własnie psychologia nam obiecuje.

Kupiłem książkę o erytrofobii i chcę napisać co tam napisano w jednym miejscu. Ludzie z tym problemem mają pewien charakterystyczny rys intelektu. Są skoncentrowane na sobie i swoim ciele(bo fobia dottyczy czegoś co jest w nich), więc terapia polega na koncentracji na rzeczywistości. Ta terapia nazywa się Task Concentration Training. Czy przez 3 lata robiłem coś takiego? Nie. Nie tylko nie robiłem czegoś takiego, zle robiłem coś dokładnie odwrotnego. Robiłem to pod okiem terapeuty. Skońzyło się to tym co opisałem i swoistą hipochondrią psychologiczną.

Najgorsze jest jednak wewnętrzne wycofanie. To tak jakby bać się jazdy na koniu bo można coś zrobić źle, można spaść itd...i znaleźć sobie bezpieczny pokój, w którym można się schować i pomysłeć nad wszystkim. Można sobie opowiadać, że przecież przygotowuję się w nim, żeby na koniu lepiej jeździć itd...ale prawda jest inna. Prawda jest taka, że po prostu przygaśniesz. Przyzwyczaisz się do pewnego zdradliwego ciepła i bezpieczeństwa tego pokoju. Siedziszw nim sam i nie muszisz się wystawiac na stress, niebezpieczeństwo. W zasadzie to pokój staje się twoim światem, a to co w nim robisz twoim życiem. A co robisz? Przygotowujesz się do życia. Im bardziej się przygotowujesz, tym więcej rzeczy może pójść źlke i tym bardziej się boisz wyjść, i tym bardziej musisz się przygotować itd....To jest zaklęty krąg, w który wpadłeś i jedyne co robisz to racjonalizujesz sobie tą sytuację i oszukujesz samego siebie. \"Jutro wyjdę\"...\" mogę zrobić to tamto, studia się nie liczą\"..\"zawsze mogę poznać jakąś dziewczynę przez neta, a może z Białorusi ściągnę sobie żonę\" \"bezrobocie spada, zawsze ktoś mnie zatrudni\" a dni mijają. Mijają a ty czekasz, aż przestaniesz się nać wyjścia i terapia się skopńczy. Ona nie tylko się nie kończy, ale twój problem się pogłębia. Zaczynasz przykrywać swój pierwtony problem, toną naleciałości i toną nowych, mniejszych ale po zsumowaniu to takich, których rozwiązać się nie da. Kostniejesz, tracisz pewnośc siebie, świat z wrogiego zaczyna dodatkowo stawać się obcy. Zaczynasz tracić resztki samego siebie. Masz za to w głowie, coraz więcej teoretycznych pomysłów kim jesteś, jak życie powinno wyglądać itd....

To wszystko pod okiem terapeuty, który zaproponuje ci ..więcej terapii. Powtarzam. Terapia/ psychologia mogą zniszczyć wam życie. W tym wszystkim jest bardzo dużo kłamstw. W zasadzie jak się poczyta o Freudzie to kłamstwa są samym fundamentem. Nikogo z środowiska to nie interesuje. To samo dotyczy przemysłu poradników psychologicznych, terapii wymyślanych pod kątem rynku itd...Przestrzegam wszystkich naiwnych. Dobrze się zastanówcie, zanim się zakochacie w pomyśle, że idziesz do wyjątkowego/empatycznego człowieka, która zna sposoby których inni nie znają, żeby poradzić sobie z twoimi problemami. To jest nie prawda.

Odpowiedz


Sortuj:     Pokaż treść wszystkich wpisów w wątku