Forum dyskusyjne

Choroba, życie, frustracja męża, co robić...

Autor: Dominique525   Data: 2018-06-27, 10:28:32               

Witam, mam 28 lat, mam 4-letnie dziecko, jestem po ślubie prawie 5 lat. Od ponad roku mam problem z depresją, która powstała od nerwicy natręctw czynnościowych, kompulsji dotyczących pedantyzmu, tych samych utartych schematów. Wszystko wydaje mi się, że rozpoczęło się w rok po urodzeniu dziecka i chyba stres związany z nową sytuacją życiową i małżeństwem . Wydaje mi się, że to wszystko mnie jednak przerosło, a ja sobie nie zdawałam z tego sprawy. Do tego doszła nuda w domu (jestem niepracująca), te same obowiązki, niespełnienie, chęć do nowych, ciekawych zmian. Dziecko nagle stało się dla mnie przeszkodą w realizacji moich celów, ale to nie znaczy, że go nie kocham, chce dla niego dobrze. Niby chciałam dziecko, ale raczej nie dojrzałam do dorosłości i macierzyństwa, do małżeństwa po części też, ale o tym później, bo to jest clue mojego rozważania. Myślę, że do zaburzeń lękowych i depresji też miałam predyspozycje genetyczne po ojcu, bo tez był pedantyczny i lękliwy. Pamiętam, że w pewnych aspektach, od dzieciństwa miałam tiki nerwowe i przejawiałam jakieś lęki, ale z czasem wychodziłam z nich jak nabrałam pewności siebie. W rok po urodzeniu dziecka swoje objawy zaczęła dawać nerwica, co doprowadziło także do depresji. Teraz w depresji idzie z tym wszystkim zwariować, bo jestem codziennie strasznie zmęczona, brak energii, brak uśmiechu i chęci do życia. Bardzo często łapię jakieś pospolite choroby, biorę masę leków tych przepisanych od psychiatry i w zależności od choroby, inne przepisane przez lekarzy. Jestem nerwowa, podirytowana i rozdrażniona, bo miałam marzenia, cele, miałam iść do pracy, ale nie dam rady... W tym stanie bardzo długo śpię i o pracy mowy nie ma. Maż mi bardzo dużo pomaga, gdyby nie on to już dawno popełniłabym samobójstwo, jeszcze on jakoś trzyma mnie przy życiu, a także moja mama, nikt poza nimi, no i jeszcze dziecko. Gdybym miała przejąć część obowiązków związanych z dzieckiem od męża, inaczej to całkiem bym zwariowała, mąż robi praktycznie wszystko. Nie potrafię żyć z depresją. Często myślę o śmierci i samobójstwie i tak bardzo chciałabym, aby mój stan się poprawił i tak innym zazdroszczę, tego, że są zdrowi, a tym którzy mnie nie rozumieją, życzę im, aby także przechodzili takie męki, może wówczas by mnie zrozumieli. Najgorsze jest to, że żadne do tej pory przepisane mi leki nie pomagają, a ja nie mam sił nigdzie dojechać, nie mam sił współpracować. Chciałam podjąć terapię, by objawy jakiś lek mi zniwelował, to nic nie działa i jestem załamana. Boje się, że sie wykończę sama ze sobą i ze mogę być lekooporna i to nie wiem z czego. Wypróbowałam 3 leki SSRI i mocną wenlafaksyne, SNRI i zero poprawy. Teraz dostałam lek trójpierścieniowy Anafranil. Mam żal do swoich genów ,że muszę cierpieć, że Boga nie ma, bo taki dar mi sprezentował. Chce walczyć dla siebie, dla dziecka, chcę być szczęśliwa i spełniona. Długo już ten stan trwa, że jestem tak wykończona, że przybliżam sie juz do tego samobójstwa.
Od pewnego czasu martwi mnie też inna kwestia, mąż jest coraz bardziej dla mnie cierpki, oschły, chłodny i coraz częściej mi docina... Jestem strasznie niesłowna, moja wada, wiem, ale już tak mam, że coś czasem powiem, a później zmieniam zdanie. To nie zmienia jednak kwestii, że mąż mi bardzo pomaga, robi niemal wszystko, zajmuje się dzieckiem, robi zakupy, pomaga w domu, pracuje, zarabia jakieś pieniążki, przez moją chorobę musi dorabiać po godzinach, bo nie przelewam się nam. Ma do mnie żal, że strasznie dużo kupuję, nie mogę się tez z tym pohamować, mam silne poczucie kupowania. Wiele razy mi wypomina, że ze wspólnego konta, wydałam masę pieniędzy, nic tam już nie zostało, a ja nadal kupuje mimo to... Widzę w nim coś w rodzaju frustracji naszym małżeństwem, że nie tego oczekiwał, że urodzę jeszcze dzieci, ale mam takie wahania nastrojów, że jednej godziny potrafię powiedzieć, że jeszcze dziecko urodzę, a drugiej godziny powiem, że wolę być bezpłodna. Bywam agresywna, to prawda, ale to wina choroby, często go zbywam i mówię, że się odczepił, bo nie mam na nic ochoty. Jeśli chodzi o seks, to także nie mam ochoty, kochaliśmy się dawno temu, ale bardziej zrobiłam to dla niego, dla mnie to było mechaniczne. Zero przyjemności. Nie śpimy w jednym łóżku, mąż czasem chrapie i denerwowały mnie codzienne budziki, kazałam mu się przenieść do drugiego pokoju. Chcę spać, mam płytki sen i mi to przeszkadzało. Nie ukrywam faktu, że nie lubię jego rodziny i mówi, że robię mu przykrość, jak obrażam jego rodzinę.
Od jakiegoś czasu mąż też nie chce mi już okazywać czułości, chociaż dopatruję tutaj mojej winy, bo jak czasem chciał mi ją okazać, to go odtrącałam, bo nie miałam na to ochoty.
Zaczęłam nawet myśleć, że mnie zdradza, ukradkiem przeglądałam mu Messenger, ale nie było tam nic specjalnego, w telefonie także, więc jest mi raczej wierny.
Jeśli mąż by mnie opuścił to ja na pewno skoczę z mostu. Sama sobie nie poradzę z dzieckiem.
Przypomniało mi się, że mąż mi się żalił, że go nie doceniam, że nie okazuję mu szacunku, tylko gadam i gadam o swojej chorobie, zarzucił mi, że nie ma ze mną już o czym ze mną rozmawiać, bo ja tylko nawijam, choroba, śmierć, samobójstwo.
On już robi co może i więcej nie jest mi w stanie pomóc...
Mąż mi dogaduje, że dziecko też ma matkę i powinnam się z nim pobawić, ale ja nie mam siły i często nerwów, szybko wyprowadzam się z równowagi.
Od kiedy jestem chora, także bardzo dużo przeklinam, mąż mi zwraca cały czas uwagę, abym się hamowała przy dziecku, ale to jest silniejsze ode mnie...
Mąż mówi, że się z nim nie liczę, czasem mi mówi, że jest zmęczony po pracy, a ja mu mówię, że on nie ma pojęcia co to jest zmęczenie przy moim stanie...
Co ja mam robić, proszę o pomoc, poradę...

Domi

Odpowiedz


Sortuj:     Pokaż treść wszystkich wpisów w wątku