Forum dyskusyjne

Z kim przystajesz, takim się stajesz.

Autor: Chimena   Data: 2018-01-31, 13:18:22               

Witam wszystkich bardzo serdecznie.
Opiszę swój problem. Przyjaźniłam się przez pewien czas z osobą zrzędliwą, z wiecznymi problemami, która wszystkich krytykowała. Ona mogła dogryźć mi w każdej dziedzinie, kiedy próbowałam poddać krytyce jej osobę, nawet delikatnie sugerując, że coś mi się nie podoba, dostawałam odwrócenie kota ogonem i wychodziło, że to wszystko moja wina. Do tego sytuacje, w których ktoś sprawiał jej przykrość. Wyżalała mi się. Próbowałam ją pocieszyć. Nie zawsze umiała, ale chciałam. Czasem nie wiedziałam, co powiedzieć. Efekt był taki, że byłam atakowana, wylewała na mnie złość, bo powiedziałam coś nie tak, bo miałam w życiu znacznie lepiej od niej, bo mam się zamknąć, gdyż ona jest skrzywdzona i nie mam pojęcia, co przeżywa. W końcu zaczęłam uciekać się do jawnych kłamstw, aby zdobyć jej atencję. Zawsze byłam postrzegana jako osoba miła, spokojna, bardzo kulturalna. Stałam się osobą ciągle udowadniającą swoją lepszość w jej oczach, bo ona była we wszystkim lepsza, osobą do bólu chłodną i biurokratyczną, bo ona tak podchodziło do ludzi i problemów. Nie można się na innymi pochylać, bo skoro ona coś mogła i umiała, to inni też potrafią. Takim zachowaniem nie zdobyłam w jej oczach uznania, lecz dostawałam serię pouczeń w stylu: "skoro odpowiadasz chamsko to nie dziw się, że inni Cię nie lubią". Skończyło się na tym, że miałam bardzo silne załamanie nerwowe (nie ona była powodem, ale jednym z czynników). Powiedziałam jej, że mam dość, że nie chcę mieć z nią żadnego kontaktu. Niestety, ale wzięła odwet. W oczach znajomych zostałam stalkerką z zaburzeniami, której nie można wierzyć, która ma poważne problemy psychiczne. Tak, kłamałam, ale aby mieć tzw. święty spokój. Poza najbliższą rodziną wszyscy znajomi się ode mnie odsunęli, gdyż opowiedziała im swoją traumatyczną historię. Nie mogłam się obronić, bo byłam wtedy szpitalu, do którego zgłosiłam się sama za namową męża. Nie chciałam się z nikim kontaktować. Chciałam dojść do siebie. Ustabilizować się. Oddałam pielęgniarkom komórkę, laptopa, tablet, więc nie miałam z nikim, poza mężem i rodzicami, kontaktu. Zrobiłam sama za namową psychologa, który uważał, że to mi pomoże. Miałam tylko kilka książek ze sobą i pamiętnik-szkicownik. Kiedy wyszłam ze szpitala i chciałam zadzwonić do znajomych, odezwać się, zastałam zablokowane konta, numery, wyrzucenie z grup znajomych. Ta osoba odniosła teraz w życiu kilka dużych sukcesów, a ja zostałam z niczym. Mam wrażenie, że zamieniłyśmy się miejscami.

Jest mi moralnie i mentalnie wstyd za te wszystkie kłamstwa, ale nikt z przyjaciół nie wierzy mi, że chciałam się bronić, bo nie umiałam już inaczej bronić się przed jej napadami złego humoru. Czasem bywało tak, że rozmawiałyśmy na wesoło, a nagle, bum, zmiana nastroju o 180 stopni. Nerwy, złość, wyzywanie innych ludzi do mnie, bo ktoś źle coś zrobił albo nie tak się odezwał, czy odpowiedział.

Teraz czuję osobą zmarginalizowaną. Nie miałam normalnego domu, było w nim dużo nieszczęść i smutno, ale zawsze starałam się być osobą patrzącą optymistycznie w przyszłość. Kiedyś to się skończy, nadejdą przecież lepsze czasy. A teraz? Z mężem przeprowadziliśmy na drugi koniec Polski. Jestem sama, żadnej rodziny, znajomych,przyjaciół. Starzy się nie odzywają. W ich oczach jestem chorą psychicznie wariatką, a w szpitalu byłam tylko z powodu załamania nerwowego i bardzo silnej nerwicy. Nie umiałam sobie poradzić sama. Cierpiałam od dwóch miesięcy na bezsenność. Spałam godzinę do dwóch dziennie, a bywały dni, że wcale. W szpitalu przez kilka dni byłam na kroplówkach, bo lekarze musieli mnie postawić na nogi: byłam bardzo osłabiona, miałam bardzo niski cukier, niecałe 50, do tego odwodniona. Ona osiągnęła życiowe sukcesy, a ja stałam się życiowym nieudacznikiem i porażką żyjącą na marginesie społeczeństwa. :(

Odpowiedz


Sortuj:     Pokaż treść wszystkich wpisów w wątku