Forum dyskusyjne

RE: Czy terapia w moim przypadku ma sens?

Autor: feelka   Data: 2017-11-14, 10:49:45               

.."to mi proszę odkręcić a tego nie ruszamy"

:) No tak, nie ma tak. Chodziło mi jednak o to, żeby nie tracić z oka celu głównego. (Igi i jej lęków. Bo sama mówisz jak łatwo zająć się tematem pobocznym. W tym przypadku jej mężem. Tym "jaki on jest". Bo to już poleciało w tym wątku i mnie właśnie ruszyło :), i jasne że to poleci najpierw z Igi na terapii, bo to "on" ją boli. A jeśli tylko to poleci, to on wyjdzie jako "be", lub be zagrażające, i po ptakach. A to chyba nie o to idzie. Każdy z nas zanalizowany dobrze w wątku .. wychodzi na "be" :))

A kochać można i potwora, powtórzę swoje. Ale warunek jest taki - że źródło miłości jest we mnie, samorządnej i niezależnej (wewnętrznie). To JA OBDARZAM miłością. lub nie. Bo teraz to jest tak że mąż ma Igę obdarzać: no daj mi to..., bo on za mało miłości mi daje... on jest dawcą ja biorcą..., no daj... I licytacja kto da więcej kto mniej i dlaczego.

Zmiana polega chyba na tym - na poczuciu że to JA mogę dawać tę miłość, (jak pierogi z Magdallenowej miski ) i mi nie ubędzie od tego dawania. Ja która daję... - jestem potrzebna, ważna; WAŻNEJ się nie zostawia; i ważna NIE BOI się zostawienia.
Terapia winna by dać (każdemu z nas?) poczucie: oto mam zawsze przy sobie pełną michę.
(A za zapachem tych pierogów ogonek głodnych..., z panem mężem na czele ;))
No chyba że jemu pachnie bardziej przygoda i ekscytacja niż miłość. Ale ja nie wiem czy to możliwe.)

Zresztą w ogóle nic nie wiem przecież. pa. :)

Odpowiedz


Sortuj:     Pokaż treść wszystkich wpisów w wątku