Forum dyskusyjne

6 lat - zmarnowanych czy zainwestowanych?

Autor: wildladyinblack   Data: 2015-07-17, 19:13:55               

Witam,
Piszę tu, ponieważ już straciłam wszelką nadzieję. Jestem na rozdrożu i czuję, że jakąkolwiek podejmę decyzję będę stracona. Może od początku...

W 2009 roku poznałam chłopaka przez internet. Byliśmy z tego samego miasta i po kilku tygodniach zaczęliśmy się spotykać. Zaiskrzyło, na początku byłam nieufna i wycofana, ale koniec końców zakochałam się. Mieliśmy wtedy po 21 lat, a on był moim pierwszym. Po 2 latach pojechaliśmy razem na wakacje i oświadczył mi się przy wschodzie słońca. Byłam najszczęśliwszą kobieta na świecie. Dwa lata temu wynajęliśmy razem mieszkanie na pół roku. Chcieliśmy w końcu wyprowadzić się od rodziców. Przez te pół roku zdążyliśmy się bliżej poznać, jednak on ciągle w weekendy w pracy, więc ja spędzałam je sama bądź z moją rodziną. Otworzyły się nam oczy na pewne sprawy. Skończyły się romantyczne schadzki zakochanych, codzienność wzięła górę. Zaczęliśmy się częściej kłócić, wypominać różne rzeczy, w skrajnych przypadkach kończyło się na przepychankach. Po pół roku skończyła nam się umowa najmu i tak naprawdę nie wiadomo było co dalej. Jedno było pewne, nie wyobrażaliśmy sobie powrotu do rodziców. Doszliśmy do wniosku, że kupimy razem mieszkanie. Nie mieliśmy żadnych oszczędności i okazało się, że nie posiadamy zdolności kredytowej na kupno mieszkania bez wkładu własnego. Postanowiliśmy, że spróbujemy pożyczyć coś od rodziców. Gdy okazało się, że jego rodzice nie bardzo mogą nam pomóc, strasznie nalegał abym się dowiedziała, ile moi będą mogli pożyczyć. W międzyczasie oczekiwaliśmy na pozytywne rozpatrzenie kolejnego wniosku w banku. Naciskał mnie w tej kwestii z nieukrywanym poirytowaniem w głosie. I wtedy zaczęłam pytać co z nami i z naszym ślubem. Byliśmy ze sobą już 4 lata, a on przez cały ten czas potrafił sobie robić na ten temat tylko głupie żarty. Postawiłam warunek, że jeżeli mam prosić moich rodziców o pieniądze to muszę wiedzieć na czym stoję. Że musimy ustalić datę ślubu. To była chyba nasza pierwsza poważna rozmowa na ten temat. I chyba ostatnia. Powiedział, że on by chciał za 5 lat, a ja że za 2. Wiec kompromisem wyszło 3,5 czyli 2016. Kupiliśmy mieszkanie w ułamkowych częściach, ja za pieniądze od moich rodziców, on resztę na kredyt. Minął ponad rok od kiedy tu mieszkamy i w dalszym ciągu brak jakichkolwiek planów w kwestii ślubu. Wielokrotnie poruszałam temat, ale zawsze bezskutecznie. Zawsze albo żartował ze mnie albo potrafił wymyślić jakąś wymówkę (brak pieniędzy, niestabilna praca, jego chęć wyjechania wpierw za granice aby \"się dorobić \"). I robi tak do tej pory.
11 lipca mieliśmy 6 rocznicę razem. Romantyczny wieczór zaczął się nastrojowo z lampką wina w ręku. Zapytałam jakie ma życzenie. Odpowiedział,że \"abyśmy w przyszłym roku byli w tym samym składzie\" a ja powiedziałam z wzruszeniem \"Ożeń się ze mną\". Powiedział \"Dobrze\" i nic poza tym, uciął temat. Zignorował mnie po raz n-ty, nawet w takim ważnym dniu, a w jego oczach zobaczyłam zażenowanie. I skończyło się kolejną kłótnią.
Na następny dzień jak zwykle udawał, że nic się nie stało. Kiedyś moja przyjaciółka mi poleciła, że skoro nie mogę do niego dotrzeć za pomocą rozmowy, abym napisała do niego list. I następnego dnia przelałam na papier moje uczucia z ciężkim sercem i płacząc przy tym nie mało. I wysłałam mu maila gdy siedział w pokoju obok. Poprosiłam żeby przeczytał i odpisał albo ze mną porozmawiał. Przyszedł, przytulił i pocałował. Gdy zapytałam czy zrozumiał mój przekaz, powiedział, że trzeba o mnie dbać i zapytał czy zrobię z nim pizzę!!! I opadły mi ręce, serce pękło...i poszłam robić pizzę. Z drugiej strony nie wiem czego się spodziewałam. Wieczorem zapytałam czy ma mi coś do powiedzenia w tym temacie, a on znowu z tekstem \"Co Ci się tak śpieszy?\". Dziś w czasie wymiany zdań, gdy mówiłam, że znowu zostanę sama na weekend, bo poustalał sobie koleje fuchy, usłyszałam, że \"chyba dobrze, co ja mam z tobą spędzać 24 godziny? Po co, po to żebyś na mnie narzekała?\". I na koniec usłyszałam \"Ty zasługujesz na to żeby być sama\". Wściekła z bólu i bezsilności przyznałam mu rację, oddałam mu pierścionek (któryś raz z kolei)i powiedziałam, że to koniec, że go spłacę i zostanę sama.
I tak w kółko się dzieje między nami, kłócimy się, godzimy, jest jakiś czas dobrze, a gdy z nim próbuje rozmawiać o ślubie, znowu mnie całkowicie ignoruje. Nie robi na nim już wrażenia ani mój płacz ani krzyk. Cokolwiek zrobię, nie traktuje mnie poważnie. Chyba dlatego, że nie wierzy, że odejdę. I ma rację. Boję się odejść, a jednocześnie nie chcę do końca życia być z nim bez zobowiązań i walczyć z wiatrakami. I zastanawiam się po co mi się oświadczył 4 lata temu skoro nie ma zamiaru się żenić? Skoro to zrobił, powinien wziąć odpowiedzialność za swoje czyny i czuć się w obowiązku w stosunku do mnie. A on powtarza \"To, że się oświadczyłem nie znaczy, że mimo wszystko musimy wziąć ślub\". Mój świat w takich chwilach zamienia się w koszmar. I wnioskuję, że czego ja od niego oczekuję, po co on ma się w ogóle starać. Przecież teraz ma wszystko, fajna pracę, własne nowe wyremontowane mieszkanie kupione za pieniądze obcych ludzi i do tego głupią narzeczoną, którą można wykorzystywać bez zobowiązań. Czuję się oszukana... i bezwartościowa jednocześnie. Bo przecież gdybym była dla niego ważna to czy igrałby tak z moimi uczuciami? I może coś w tym jest, może to ja jestem beznadziejna. I może faktycznie nie zasługuję na to aby zostać jego żoną i być w pełni szczęśliwa...
I nie wiem co mam dalej z tym począć, jak działać, co zrobić aby znaleźć z nim nić porozumienie...i czy to ma w ogóle sens...

Odpowiedz


Sortuj:     Pokaż treść wszystkich wpisów w wątku