Forum dyskusyjne

Pozytywne myślenie? czy jest sens?

Autor: ja123   Data: 2011-08-02, 21:20:33               

Ciągle się zastanawiam czy jest sens pozytywnie myśleć czy to ma sens i się sprawdza? U mnie raczej jak na razie totalne fiasko.
Początek - narodziny pierwszego dziecka ( na szczęście zdrowe) jednak ja pozytywnie myśląca kobieta nie wzięłam nawet pod uwagę, że coś może iść nie tak, dbałam o siebie, chodziłam na basen, ćwiczyłam - bo tak ponoć rodzi się łatwiej. Poród- koszmar ponad 20 godzinny zakończony na szczęście cesarką. 2 miesiące nie mogłam się psychicznie pozbierać (a może i więcej...). W między czasie ciągle imprezujący sąsiad, nieprzespane całe noce, strach przed jadącą windą w nocy bo to może on wraca do domu... - i znowu nadzieję, że w końcu przecież się wybawi i skończy się ta gehenna - pozytywne nastawienie ( trwało to ponad 4 lata. Kiedy sąsiad się wyprowadziła i zaszłam w kolejną ciążę, pojawiła się nutka nadzieji, że teraz to już się wszystko ułoży, miało być drugie dziecko dziewczynka, cóż... nie musiałam długo czekać żeby się przekonać, że nie nie nie dla mnie takie rzeczy (dodam, że bardzo kocham moje dzieci, ale od dziecka marzyłam, że będę mieć córeczkę). No ale nic pomyślałam sobie najwyżej za 2-3 lata zdecydujemy się na 3 dziecko... Zaczęłam cieszyć się ciążą i narodzinami dzidziusia, kiedy w 6 miesiącu moja mama dostała wyrok - rak esicy. Operację załatwiliśmy już po 2 tygodniach - uznałam to za dobry omen i szczęście. Jednak podczas operacji okazało się, że są nacieki na pęcherz, przydatki, jajniki, płuca żołądek czyste. Pomyślałam, nic jakoś się ułoży i mama trochę pożyje. Potem było tylko gorzej.... Podczas planowanej cesarki okazało się, że w brzuchu po pierwszej cesarce zrobiły się masywne zrosty i byłam szyta 2 godziny, dziecka siłami natury nie urodziłabym albo byłby bardzo chory. Diagnoza lekarza - lepiej żeby Pani już nigdy więcej nie rodziła, jak pani nie będzie brała jakiś pigułek to sam je do pani kurierem wyślę. Mama w tym czasie czuła się coraz gorzej. Po miesiącu przestała chodzić,a w moje urodziny przyszedł kolejny wynik badania i kolejny wyrok - przerzuty do kości, stan po złamaniu kręgosłupa.
W między czasie światełko w tunelu, teściowa ma odziedziczyć spadek z niemiec, wielka radość plany - w końcu spełnimy nasze marzenie - kupimy dom, jest nawet ciekawa oferta, znajomy ma budować.
W między czasie umiera mama w wielkim cierpieniu, ostatni miesiąc życia to istny koszmar. Niedługo po śmierci mamy okazuje się, że ze spadku prawie nic nie będzie a facet mający budować rezygnuje.
Wszystko się sypie. Gdzie tu pozytywy (prócz oczywiście zdrowych dzieciaczków)? Jak mam myśleć pozytywnie? Ilekroć się staram i myślę sobie będzie oki coś się psuje i wali jak domek z kart. Po śmierci mamy każdy dzień to szukanie sensu. Już w nic nie wierzę, o Bogu nie wspomnę...
Wiem, że to ciut długie ale gdzieś musiałam przelać moją frustrację i rozgoryczenie...Tak mi jej brakuje...

Odpowiedz


Sortuj:     Pokaż treść wszystkich wpisów w wątku