Artykuł

Andrzej Augustynek

Andrzej Augustynek

Nie tylko hipnoza


Amerykański kosmonauta Cooper ujawnił, że w czasie lotu orbitalnego, z wysokości 330 km, zobaczył gołym okiem domy i inne zabudowania. Nie jest to jednak możliwe z takiej wysokości. Potraktowano to więc jako halucynacje wywołane izolacją sensoryczną.

Do wiejskiego, bieszczadzkiego ośrodka zdrowia przywieziono ugryzionego przez węża człowieka. Jego stan był ciężki. Zaznaczały się wyraźnie typowe objawy zatrucia jadem: zaburzenia krążenia i oddychania. Na szczęście dla niego przywieziono również zabitego węża. Okazał się niejadowitym zaskrońcem - “gniewoszem”. Lekarz podał pacjentowi potężną dawkę środków uspokajających i ten zasnął po kilku minutach. W czasie snu wszelkie objawy cofnęły się, gdyby jednak ukąszonemu nie udzielono pomocy lekarskiej, zmarłby po kilku godzinach. Byłaby to tak zwana “zasugerowana śmierć”.

W pewnym mieszkaniu znaleziono zwłoki związanego mężczyzny. Sekcja nie wykryła przyczyny śmierci. Jedynym obrażeniem było płytkie nakłucie skóry ramienia. Tajemnica tego przypadku przez wiele lat nie została wyjaśniona. Dopiero jej sprawca przed śmiercią wyznał, jak to się wydarzyło. Obezwładnił ofiarę, zawiązał jej oczy, następnie ukłuł silnie mężczyznę w ramię mówiąc, że podcina mu żyły i poczeka, aż się zupełnie wykrwawi. W efekcie pojawiło się kilka kropel krwi. Morderca zaczął polewać to miejsce ciepłą wodą. Ofiara sądziła, że to jej własna krew tak spływa i po upływie około 40 minut zmarła.

Przytoczone wyżej trzy zdarzenia są przykładem zjawisk pokrewnych hipnozie, a wywołanych sugestią. Nie jest to jedyna droga uzyskania stanów pokrewnych hipnozie. Służyć do tego mogą też pewne środki chemiczne bądź izolacja, względnie deprywacja sensoryczna. Pokrewieństwo z hipnozą wynika z analogicznych “fenomenów” występujących podczas ich trwania, a także z faktu, że techniki hipnozy zmierzają również w kierunku izolowania hipnotyzowanego od bodźców płynących z zewnątrz. Sugeruje mu się, że nie zwraca uwagi, a nawet nie słyszy niczego poza głosem hipnotyzera. Badany ma oczy zamknięte, mięśnie rozluźnione. Leży lub siedzi bez ruchu. W tej sytuacji dopływ bodźców zmysłowych zostaje w znacznym stopniu ograniczony.

Powróćmy jednak do pierwszej grupy zjawisk. Z działaniem sugestii najczęściej spotykamy się w medycynie. Zasugerowana wiara w skuteczność leczenia jest doniosłym czynnikiem warunkującym uzyskanie poprawy stanu zdrowia. Zjawisko to zostało nazwane “efektem placebo”. Definiuje się je jako podanie obojętnej farmakologicznie substancji lub zastosowanie obiektywnie nieskutecznej metody leczenia dla osiągnięcia efektu psychologicznego.

Działanie placebo jest od dawna znane jako potężna siła uzdrawiająca. Przepisywanie substancji nieaktywnych, stosowanie dziwnych metod diagnostycznych lub terapeutycznych jest od wielu lat nieodłączną częścią wykonywania praktyki lekarskiej, a typowym tego przykładem jest tradycja podawania różowych pigułek cukru bądź wstrzykiwanie destylowanej wody.

Jeden z moich kolegów opowiadał następującą historię. Przed paru laty w lekospisie pojawił się nowy farmaceutyk. Z informacji o nim wynikało, że jest to prawdziwa rewelacja, z ochotą, więc przepisywano go pacjentom. Rzeczywiście - działanie leku było znakomite. Tak działo się do czasu, gdy mój kolega przeczytał pracę naukową na temat tego specyfiku. Wynikało z niej, że działanie leku jest bardzo słabe. Zaskoczyło to lekarza, gdyż jego doświadczenia w tym zakresie były inne. Dlatego też stosował ten lek dalej. Niemniej jego skuteczność gwałtownie zmalała. Zastanawialiśmy się wspólnie nad przyczynami tego faktu i doszliśmy do wniosku, że istotna była tu wiara terapeuty w lek. Przepisując go pacjentom i informując o jego działaniu robił to inaczej przed i po przeczytaniu doniesienia.

Prace badawcze poświęcone nowym środkom farmakologicznym od dawna uwzględniają efekt placebo. Jego wielkość bada się metodą podwójnej ślepej próbki. Nowy lek i substancja obojętna wyglądają tak samo i mają ten sam smak. Farmaceuta prowadzący próby dzieli lek i substancję obojętną na numerowane porcje. Tylko on wie, pod którym numerem kryje się lekarstwo. Następnie lekarz nadzorujący stosowanie farmaceutyku rozdziela porcje dla poszczególnych pacjentów. Wie oczywiście, co komu zleca. Na koniec lekarze prowadzący leczenie zespołowo oceniają uzyskany efekt. Jeżeli pigułki placebo dały analogiczny lub zbliżony efekt, co testowany lek, to znaczy, że jest on bezwartościowy.

Metody oceny medykamentów są stale doskonalone. Uwzględnia się w nich coraz to nowe zmienne (wiek, płeć, zaawansowanie choroby). Bada się, pod jaką postacią działa on najskuteczniej (tabletki, czopki, zastrzyki, krople). Ostatnio w prasie amerykańskiej znalazłem komunikat o wpływie telepatii na wielkość efektu placebo. Autor artykułu sformułował wniosek, aby rozdział porcji leku i substancji obojętnej dokonywał się losowo. Informacja o tym powinna znajdować się wyłącznie w pamięci komputera. Umożliwi to wyeliminowanie wpływu telepatycznego farmaceuty, znającego numery próbek z substancją aktywną, na postępowanie lekarzy podających preparat poszczególnym pacjentom. Natomiast przed kilkunastu laty w Journal of the American Medical Association opisano doświadczenie, w którym przebadano osiemdziesięciu chorych cierpiących na depresję. Pacjentów podzielono na trzy grupy. Jednej z nich podawano silne środki uspokajające, drugiej środki o charakterze placebo, zaś trzeciej nic nie podawano. W ostatniej grupie chorzy wykazywali nasilenie lęku i objawów depresyjnych. Najlepsze wyniki uzyskano w grupie drugiej, gdyż chorzy obok (zasugerowanego) złagodzenia objawów chorobowych nie doznawali, tak jak pacjenci z grupy pierwszej, stanów oszołomienia i otępienia wynikających ze specyfiki działania neuroleptyków. W tym samym piśmie kilka lat później ukazało się doniesienie o wynikach programu badawczego, prowadzonego na Uniwersytecie Michigan. Tamtejsi uczeni doszli do wniosku, że skuteczność wielu współczesnych leków co najmniej w jednej trzeciej zależy od osobowości lekarza.

Prowadząc terapię obserwuje się, że pacjenci uważają lek zagraniczny za skuteczniejszy, mimo, że ma on takie same składniki, jak produkowany w kraju. Sugestywne działanie tego leku jest tym większe, im jest on droższy, trudniej dostępny i mniej znany.

Na silnej sugestii oparta jest również metoda maski tymolowej, stosowana w Leningradzkim Instytucie Psychoneurologicznym. Pacjent zostaje powiadomiony o niezwykle skutecznym działaniu tego kosztownego leku, którego podanie odkłada się kilkakrotnie wyjaśniając, że trzeba składać specjalne podanie do Ministerstwa Zdrowia o jego przydział i że jest go w ogóle bardzo mało i nie dotarł jeszcze do Instytutu. Ustala się w końcu termin zabiegu. Lekarze ubierają się jak do operacji. Pacjent kładzie się na stole. Stojący obok lekarze, niby mimochodem, rozmawiają o doskonałym wyniku tego zabiegu w jakimś ciężkim przypadku. Następnie maską używaną do narkozy pompuje się strumień aromatycznego, farmakologicznie obojętnego gazu. Zabieg ten jest czasami skuteczny w przypadkach nerwic histerycznych, zwłaszcza przy niedowładach i mutyzmie.

Wykorzystując sugestywność badanego nawet osoba niewykwalifikowana może uzyskać sukcesy w leczeniu. Załóżmy, że uzdrowiciel pomógł jednej dziesiątej pacjentów. Naturalnie będzie podkreślał swoje osiągnięcia nie wspominając o porażkach. W ten sposób tworzy wokół siebie mit cudownej, nadnaturalnej mocy. Ułatwia to mu dalsze działanie. Wywołana odpowiednią sugestią atmosfera obcowania z mocami nadprzyrodzonymi towarzyszy nie tylko praktykom medycznym. Jest ona podstawą spirytyzmu i okultyzmu. Także wiele religii opiera na tym swoje obrzędy.

Wśród prymitywnych plemion, praktykujących obrzędy magiczne, znany jest efekt złamania tabu, czyli sprzeniewierzenia się zakazowi wykonania pewnych czynności. Plemienny szaman rzuca na winowajcę czary lub przekleństwo. Nie stosuje żadnej przemocy fizycznej, mimo to ukarany popada w depresję i popełnia samobójstwo lub umiera na skutek potężnego stresu. W takim przypadku działa niezwykle silna sugestia. Jeżeli się ją przyjmie, nie ma przed nią obrony ani ucieczki. Bezlitośnie dosięga swojej ofiary. Obserwują to inni członkowie plemienia i wiara w moc zaklęć czarownika rośnie, wzmaga się też strach przed złamaniem tabu.

Podobne zjawiska, w mniejszym może zakresie i ze słabszym natężeniem, pojawiają się również współcześnie. Opisy ich budzą powszechne zainteresowanie. W dużych nakładach rozchodzą się książki o horoskopach, życiu po śmierci i reinkarnacji. Prawie bezkrytycznie czytelnicy przyjmują opisy zjawisk telekinetycznych (np. łamanie łyżeczek na odległość) i telepatycznych. Tworzy to podatny grunt pod działalność wielu szarlatanów. Przy krytyce współczesnej odhumanizowanej medycyny wzrasta popularność uzdrowicieli, bioenergoterapeutów, a nawet klasycznych znachorów. Moim zdaniem, skuteczność ich metod w przeważającej mierze jest wynikiem umiejętnego stosowania sugestii. Składa się na to wytworzenie wiary w wyleczenie, poczucie bezpośredniego kontaktu z terapeutą oraz zapewnienie samej metodzie odpowiedniej oprawy. Niezwykle ważne jest też, czy prowadzący leczenie wierzy w swoją metodę. Są ludzie ogarnięci ideą bezinteresownej pomocy innym. Poświęcają swoje życie propagowaniu, a często nawet naukowemu wyjaśnianiu stosowanej przez siebie metody, która rzeczywiście niesie ulgę w cierpieniach wielu chorych. Ideałem w tej sytuacji jest połączenie profesjonalnej wiedzy medycznej z umiejętnością kształtowania opinii na temat skuteczności używanych środków.

Efekt zastosowania sugestii występuje także i w innych metodach leczenia. Techniki sugestywne stanowią najstarszą chyba formę psychoterapii, stosowaną od niepamiętnych czasów. Pod ich wpływem człowiek pozytywnie reaguje na metody leczenia, pozbawione - obiektywnie - waloru terapeutycznego. Przykładem może tu być terapia orgonowa. Stworzona została przez znanego psychoanalityka amerykańskiego, Wilhelma Reicha.

W. Reich początkowo był psychoterapeutą. Praktykował w Austrii. Następnie w 1931 roku założył własne wydawnictwo w Niemczech. Odciął się też od trwającej kilka lat współpracy z Austriacką Partią Komunistyczną. W 1936 roku otworzył w Oslo Instytut Psychoterapeutyczny. Spotkał się tam jednak z zawziętym oporem miejscowych specjalistów. W 1939 roku na zaproszenie profesora psychiatrii Uniwersytetu w Colombii T.P. Wolfa przybył do Stanów Zjednoczonych. Przez dwa lata był wykładowcą Nowojorskiej Szkoły Badań Społecznych. Następnie kierował wydawnictwem w Green Village oraz laboratoriami badawczymi w Forest Hill i Organon.

Twierdził, że wykrył ogniwo łączące materię żywą i nieożywioną. Nazwał je bionem i uważał, że jest ono nosicielem orgonu, czyli energii promienistej kosmosu. Według jego projektu skonstruowano na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych naszego wieku skrzynie orgonowe, które zawierały naprzemiennie ułożone warstwy materiału organicznego i nieorganicznego. Miały one być akumulatorami orgonu, wzbogacającymi w energię ludzi z nich korzystających.

Reich uważał swe odkrycie za porównywalne z przewrotem Kopernikańskim. Odmowa uznania jego metody przez przedstawicieli oficjalnej medycyny była oczywiście “oporem przeciw nowej idei”. Reich interpretował Freudowskie “Id” jako działanie energii orgonalnej w ciele. Energia orgonalna, zdaniem Reicha, jest odpowiedzialna za powstanie zorzy polarnej, piorunów, błękitu nieba (?!), zakłóceń elektrycznych w czasie podwyższonej aktywności plam słonecznych, a także niebieskiego zabarwienia ropuch podnieconych seksualnie. Powstawanie chmur uzależnione było, jego zdaniem, od koncentracji orgonu. W 1947 roku Reich zmierzył tę energię licznikiem Geigera i sfotografował na filmie Kodaka - miała niebieski kolor. Również migotanie gwiazd to, jego zdaniem, fluktuacje orgonu. Najbardziej zdumiewające odkrycie Reich opisał w swoim artykule pt.: “Naturalne powstawanie pierwotniaków z pęcherzyków orgonu”, zamieszczonym w wydanym przez niego czasopiśmie International Journal of Sex and Orgone Research w listopadzie 1942 roku. Opisuje tam (co dokumentuje mikrofotografiami) spontaniczne formowanie się pierwotniaków z agregatów bionu.

Uważał on, że biony formują się nieustannie jako rezultat przemian materii ożywionej i nieożywionej. Jego zdaniem, komórki nowotworowe to pierwotniaki rozwinięte z bionów tkankowych. Na zarzuty krytyków, że pierwotniaki pod postacią cyst dostały się do próbki z powietrza, Reich odpowiedział po prostu, że tak nie jest, choć nie stosował żadnych zabezpieczeń materiału przed takim zanieczyszczeniem.

Wielu inteligentnych ludzi spędzało swój wolny czas w skrzyniach orgonowych. Lewis Wolberg opisuje pacjenta, który twierdził, że trzy miesiące codziennego, kilkugodzinnego dreptania w skrzyni dały mu więcej niż trzy lata intensywnej psychoterapii prowadzonej przez znanego i doświadczonego terapeutę. Pacjent ten zakupił dla siebie i swojej żony osobne skrzynie, zbudował również małą skrzynkę dla kota. Jego zdaniem, skrzynie zredukowały do minimum wydatki na leczenie internistyczne, psychiatryczne, a także weterynaryjne. Jak pisze L. Wolberg, nie trzeba większej wyobraźni i wprawy w logicznym myśleniu, aby efekty te odnieść wyłącznie do wpływu sugestii.

Koncepcje W. Reicha, będące w prostej linii kontynuacją teorii magnetyzmu zwierzęcego Mesmera, spotkały się z bardzo ostrą krytyką oficjalnych instytucji naukowych, co spowodowało, że stosowanie metody orgonowej zostało zabronione.

Jedną z cech charakterystycznych transu hipnotycznego jest zrelaksowanie się badanego. Hipnotyzer podaje w tym celu odpowiednie sugestie. Podobne efekty uzyskuje się stosując różnorodne metody relaksacyjne, opierające się na założeniu, że istnieje wzajemny związek między trzema czynnikami: napięciem psychicznym, stanem narządów wewnętrznych i tonusem mięśni. Ponieważ napięcie mięśni szkieletowych można dowolnie zmieniać, to metoda likwidacji tego napięcia stanowi jeden ze sposobów zmniejszenia skutków stresu psychicznego, a tym samym osiągnięcia relaksacji psychicznej i poprawy funkcjonowania narządów wewnętrznych kierowanych przez ośrodkowy układ nerwowy.

Znaczenie umiejętności odprężania się odkryto na przełomie XIX i XX wielu. W. James zwrócił wtedy uwagę na stałe pobudzenie nerwowe Europejczyków i przeciwstawił mu spokój i kontemplację Hindusów. Wywołało to trwające do dziś zainteresowanie kulturami Azji, powstały liczne systemy leczenia wypoczynkiem, które dały podstawę do stworzenia dwóch najbardziej znanych metod: relaksacji progresywnej Jacobsona i treningu autogennego J. Schultza.

Edmund Jacobson opracował metodę systematycznych ćwiczeń, polegających na rozluźnieniu mięśni wszystkich części ciała. Ćwiczenia podzielił na sześć lekcji:

  1. Pacjent uczy się rozróżniać uczucie napięcia i rozluźnienia mięśni rąk. Nauka trwa tak długo, dopóki nie potrafi on rozluźniać jednocześnie wszystkich mięśni przedramienia i ramienia.
  2. Ćwiczenia relaksacyjne mięśni głowy. W pierwszej kolejności mięśni twarzy, a szczególnie czoła, następnie ust i skroni. Ułożenie warg jest jednym z istotnych czynników osiągania relaksacji. Prawidłowo powinny być na kilka milimetrów rozchylone.
  3. Uwaga jest skierowana na mięśnie języka, których napięcie można wyczuć przez przyciskanie końca języka do przednich zębów.
  4. Pacjent rozluźnia mięśnie barkowe.
  5. Ćwiczy się rozluźnianie mięśni pleców, klatki piersiowej i brzucha.
  6. Na ostatniej lekcji wykonuje się relaksację palców rąk i nóg.

Przy wszystkich ćwiczeniach bardzo pomagają równomierne i głębokie wdechy i wydechy. Po zakończeniu lekcji pacjent codziennie przez pół godziny prowadzi relaksację samodzielnie.

Spośród wszystkich technik relaksacyjnych najbardziej i najdokładniej opracowana jest metoda “treningu autogennego”, stworzona przez niemieckiego lekarza J. Schultza, a oparta na niektórych ćwiczeniach hinduskiej jogi. Trening autogenny podzielony jest na kilka stopni. Niższy obejmuje wykonanie standardowych zadań, które polegają na rozluźnieniu mięśni, powolnym i równomiernym oddychaniu, wytwarzaniu poczucia “pustki myślowej”. Trening rozpoczyna się od mięśni nóg, następnie obejmuje ręce, kark i czoło. W ten sposób uzyskuje się odprężenie psychiczne, zwiotczenie ciała, a ponadto zwolnienie akcji serca.

Stopień wyższy polega na podnoszeniu - w drodze autosugestii - temperatury rąk i nóg oraz wytwarzaniu uczucia chłodu na czole. Doszedłszy do tego etapu, człowiek zapada w pewnego rodzaju “błogostan”, który jest właśnie istotą treningu autogennego. Jeszcze wyższy stopień treningu nazywa się medytacją autogenną. Przejściem do niego jest ćwiczenie polegające na utrzymaniu przez dłuższy czas gałek ocznych w pozycji do góry i do wewnątrz - (spojrzenie w kierunku środka czoła). Następnie ćwiczący uczy się wywoływać wyobrażenia bezkształtnej kolorowej plamy, dalej - wizję określonych przedmiotów: najpierw konkretnych, później abstrakcyjnych, a wreszcie nawet symbolicznych. Dalszym etapem jest wspominanie minionych przeżyć silnie zabarwionych emocjonalnie. Potem ćwiczący wywołuje w pamięci obrazy określonych osób, przy czym powinien uświadamiać sobie swój stosunek do nich oraz uzyskać zdolność pełnej z nimi empatii. Końcowym etapem treningu autogennego jest formułowanie podczas medytacji planów życiowych, wynikłych z przemyślenia swoich wad i zalet, sensu życia oraz własnych pragnień. Trening w postaci nadanej przez Schultza jest właściwie stanem lekkiej autohipnozy. Może być stosowany w leczeniu zaburzeń nerwicowych, bezsenności i depresji. [1]

Joga, trening autogenny i szereg innych metod medytacyjnych pozwalają na osiągnięcie znacznej kontroli nad funkcjami własnego organizmu. W skrajnych przypadkach kontrola taka jest wręcz nieprawdopodobna. W latach pięćdziesiątych 35-letni mężczyzna objeżdżał polskie uniwersytety i kliniki, demonstrując umiejętności osiągnięte w wyniku wieloletnich ćwiczeń. Potrafił wykonywać niezależne ruchy każdym mięśniem. Co więcej, przy mięśniach wieloprzyczepowych, każdym przyczepem osobno. Wywoływał u siebie wywichnięcie stawu biodrowego, skracając kończynę o 12 cm Mógł dowolnie rozszerzać lub zwężać każdą źrenicę z osobna. Zwalniał tętno do 8 uderzeń na minutę. I co najdziwniejsze, mógł pocić się jedną stroną ciała, gdy druga pokryta była “gęsią skórką”.

Jeszcze bardziej zdumiewające są możliwości jogów. Poddano ich ścisłym badaniom naukowym. Wśród wielu zadziwiających zjawisk, sprawiających wrażenie niemal nadprzyrodzonych, warto wskazać na dowolne wstrzymanie czynności serca przez 30 sekund (potwierdzone badaniem elektrokardiograficznym). Wraz z ustaniem akcji serca zanikała również reakcja źrenic na światło. Jogowie mogą także wprowadzać się w stan letargu, zbliżony do snu zimowego zwierząt. W stanie tym ich serce uderza raz na minutę, temperatura ciała ulega znacznemu obniżeniu, a oddech staje się praktycznie niewyczuwalny. Może to trwać, bez późniejszego uszczerbku dla zdrowia, nawet kilka tygodni.

Sugestia wpływa także na postawy, poglądy i zainteresowania. Badania nad tymi zagadnieniami pozwoliły na rozwinięcie propagandy i reklamy. Często nie uświadamiamy sobie mechanizmów naszych zachowań. Wydaje się, że działania podejmujemy świadomie, a w praktyce są one efektem zastosowania odpowiednich metod indoktrynacji.

W Stanach Zjednoczonych istnieje wiele szkół kształcących specjalistów od reklamy. Wypracowano w nich wiele technik wpływania sugestywnego na potencjalnych klientów reklamowanych firm. Przede wszystkim - reklama powinna działać na emocje, a nie na intelekt. Wykorzystuje się więc zdjęcia nagich dziewcząt. Ponadto najważniejsza (najlepiej opłacona) reklama powinna być skontrastowana z pozostałymi. Jeżeli w czasopiśmie są kolorowe zdjęcia reklamujące określone wyroby, to jedna reklama może być czarno - biała. Natomiast, gdy wszystkie posługują się zdjęciami kobiet, to jedna może przedstawiać młodego psa lub kota. W koncepcji okastycznej reklamy uwzględnia się prawa spostrzegania (np. to gdzie najpierw kieruje się wzrok czytelnika lub obserwatora. Jest to przeważnie centralna część, następnie wzrok zmierza do lewego górnego rogu i dalej porusza się tak, jak przy czytaniu tekstu. Zależność ta determinuje sposób rozmieszczania poszczególnych elementów reklamy).

Teraz chciałbym przejść do następnego zagadnienia. Jak wynika z wielu doniesień, pod hipnozą zdolność uczenia się rośnie. To stwierdzenie stało się punktem wyjścia poszukiwań Bułgara Georgi Lozanowa. Zainteresowało go, w jakim stopniu sama sugestia może przyspieszyć nauczanie. G. Lozanow na bazie własnych doświadczeń opracował metodę nazwaną sugestopedią, przy użyciu której można nauczyć dowolnych przedmiotów pod warunkiem zaadaptowania programu do potrzeb sugestologii. Stosując ją otrzymał wyniki porównywalne z najlepszymi osiągnięciami uzyskanymi pod hipnozą, a w wielu przypadkach wyraźnie ją przewyższające. Lozanow powołuje się też na prastarą tradycję kształtowania pamięci. Wśród ludów Wschodu jako przykład mogą posłużyć tzw. stotrays, najlepsi spośród kandydatów na braminów, których od najwcześniejszych lat życia poddawano intensywnemu treningowi pamięci. Po okresie zdobywania wiedzy mogli odtworzyć potrzebne wersety w dowolnym momencie i sprawnie posługiwać się nimi. Ilość zapamiętanego przez nich materiału była ogromna, można ją porównać jedynie z zawartością wielotomowej encyklopedii. Świadczy to, że nasza pamięć posiada ogromne, niewykorzystane możliwości.

G. Lozanow od 1964 roku kieruje nowatorskim w skali światowej Sofijskim Instytutem Sugestologii. Ponadto koordynuje działanie ośrodków sugestologicznych w świecie, organizuje międzynarodowe badania i sympozja, szkoli dydaktyków oraz specjalistów, opracowuje programy nauczania.

Sugestologią zainteresowało się UNESCO, czego wyrazem jest fakt zorganizowania pod auspicjami tej organizacji Międzynarodowego Sympozjum Sugestologicznego w Sofii (grudzień 1978).

Jakkolwiek sugestologia istnieje już od dwudziestu lat, dopiero ostatnio pojawiły się publikacje na ten temat. Według samego Lozanowa informacje należy publikować nader ostrożnie, sugestologia bowiem doprowadza do uwolnienia nie zbadanych jeszcze w pełni rezerw psychiki człowieka. W pewnych przypadkach może stać się straszliwą bronią, której działanie trudno sobie nawet wyobrazić. Podstawowe zasady sugestologii wykorzystywane są w wielu dziedzinach życia (medycynie, wychowaniu, sztuce, handlu, sporcie i wojsku).

Najbardziej spektakularne rezultaty sugestologii związane są z nauką języków obcych. Osiągnięto je, stosując w praktyce podstawowe kanony sugestologii. Towarzyszące nauczaniu “rytuały”, skomplikowana aparatura, klimat i organizacja procesu dydaktycznego, a wreszcie - co najważniejsze - niesłychanie silna wiara uczniów i nauczycieli spowodowały w efekcie faktyczne zwiększanie skuteczności nauczania w stopniu przekraczającym najśmielsze oczekiwania organizatorów kursu. W czasie jednego czterogodzinnego seansu było możliwe nauczenie się całego podstawowego słownictwa (około 3000 jednostek leksykalnych).

Podobno istnieje, przy zastosowaniu tej metody nauczania, możliwość przyswojenia sobie prawie całego zasobu leksykalnego danego języka, nauczenia się gramatyki i sprawnego posługiwania się językiem obcym w ciągu zaledwie 8 - 10 dni. Jest to znajomość odpowiadająca 8 latom intensywnego nauczania, wzbogaconego dodatkowo pobytem w kraju, gdzie używa się tego języka. [2]

Jakby nie dość było tych sukcesów, okazało się, że uczestnik kursu w czasie seansu odpoczywa, a nawet leczy z zaburzeń emocjonalnych. Eksperymenty prowadzone w latach 1971 - 1973 wykazały, że z 87 neurotyków poddanych nauczaniu sugestywnemu u 67 uzyskano całkowite wyleczenie lub znaczną poprawę, a tylko u 4 przejściowe pogorszenie. Osiągnięte efekty terapeutyczne były trwałe, jak to stwierdzono w badaniach kontrolnych po upływie trzech lat.

Omówione wyniki badań są tak rewelacyjne, że aż budzą wątpliwości. Przede wszystkim byłaby to najskuteczniejsza ze wszystkich znanych form psychoterapii zaburzeń nerwicowych. Ponadto sugestologia całkowicie zrewolucjonizowałaby całą dotychczasową dydaktykę. Nie spotkałem się jeszcze z krytycznymi opracowaniami na ten temat. Mimo że w swoich badaniach podejmowałem zagadnienie funkcjonowania pamięci pod hipnozą, w tym zakresie nie mam żadnych doświadczeń. Dlatego też wyniki te przytaczam bez szerszego komentarza i przechodzę do omówienia następnego problemu.

Jedną z cech transu hipnotycznego jest zwiększona sugestywność zahipnotyzowanego na sugestie hipnotyzera. Analogiczny efekt można uzyskać na drodze chemicznej, podając pacjentowi szybko działające barbiturany. W 1882 r. M. Griesinger stosując amytal stwierdził, że pacjenci wpadają w dziwny trans przejawiający się zupełnym zniesieniem hamulców, a nawet mówią o największych osobistych tajemnicach. Jednak dopiero w 1932 roku Anglik A. Horsley opracował zasady stosowania metody, którą nazwał narkoanalizą. Służyła mu ona do wyzwalania oraz analizy wspomnień i stłumionych emocji u jego pacjentów.

Sam zabieg polega na powolnym, dożylnym wstrzykiwaniu barbituranu (pentotal, evipan, scopolamina, narkosan, amytal i inne). Iniekcja wywołuje u pacjenta stan na pograniczu snu i jawy. Jego objawami są pasywność, obojętność i zawężenie pola świadomości. Stan ten łączy się także z uczuciem błogości, ogólnym psychicznym odprężeniem i znacznym zwiększeniem podatności na sugestie prowadzącego zabieg.

Ponieważ podczas narkoanalizy nie działają w mózgu badanego ośrodki kontroli wolicjonalnej, mówi on to, co myśli. Tym samym ma tendencję do zwierzeń i łatwiej mu wydobyć z nieświadomości stłumione i wyparte tam wspomnienia.

Ze względów prawno-etycznych zainteresowanie narkoanalizą w medycynie prawie zupełnie zanikło. Sporadycznie używa się jej w pierwszym etapie leczenia narkomanów. Natomiast prawdziwy rozkwit metoda ta przeżywała w okresie drugiej wojny światowej. Stosowano ją, by skłonić pacjenta do przypomnienia sobie wydarzeń, które spowodowały u niego powstanie nerwicy frontowej. Po wojnie próbowano zastosować narkoanalizę w leczeniu różnych schorzeń. Przy zahamowaniu melancholicznym w czasie narkoanalizy można nawiązać kontakt z pacjentem. Natomiast nie powiodły się próby narkoanalitycznego przełamania osłupienia katatonicznego ani uchylenia niepamięci z okresu zamroczenia padaczkowego. Udaje się natomiast odtworzyć przeżycia z czasu rzekomej niepamięci pochodzenia histerycznego.

Na I Kongresie Neuro- Psycho- Farmakologicznym w Rzymie (wrzesień 1958), doniesiono o odkryciu substancji samoistnie wywołującej stan analogiczny do hipnozy. Otrzymuje się ją z grzyba psilicybe mexicana, którego meksykańscy Indianie używają do wprawiania się w stan odurzenia. Doświadczalnie stwierdzono, że człowiek po użyciu tej substancji przeżywa halucynacje i iluzje, pojawiają się u niego zaburzenia poczucia czasu i schematu własnego ciała oraz stosunku jaźni do otoczenia. W stanie podobnym do snu wyłaniają się z pamięci dawne przeżycia. Badany nie jest w stanie odróżnić ich od otaczającej rzeczywistości. Na motywach stosowania tej substancji, w połączeniu z deprywacją sensoryczną, oparty jest wyświetlany u nas przed laty film pod tytułem “Odmienne stany świadomości”.

W ostatnich latach wymyślono nową technikę narkoanalizy. Najpierw podaje się diazepam, który wywołuje szybki sen. Następnie pacjent otrzymuje silne amfetaminy, budzące go ze snu. Efekt działania takiej mieszanki jest piorunujący, przypomina stan ciężkiej toksykacji mózgu u chronicznych narkomanów. Stwarza duże zagrożenie dla życia, nie zraża to jednak chętnych przeżycia nowych doznań.

W Polsce stosowanie narkoanalizy jest zabronione i karane z art. 157 k.k. z uwagi na wyłączenie swobody decydowania poddanego zabiegowi człowieka.

Narkoanaliza, zwana też “serum prawdy”, wykorzystywana bywa dla potrzeb wywiadu i kryminalistyki. Ma zmusić podejrzanego do przyznania się albo do zdradzenia ukrywanych informacji. Oczywiście, takie przyznanie nie może być dowodem, co zupełnie nie przeszkadza służbom specjalnym w jej stosowaniu, gdyż im nie o dowody, a o informacje właśnie chodzi. Ze szczególnym upodobaniem narkoanalizę stosowali agenci gestapo w okresie II wojny światowej. Po okrutnych torturach zastosowanie narkoanalizy prowadziło często do zdradzenia tajemnic, ukrywanych przez partyzantów lub konspiratorów.

Współcześnie brak jest oficjalnych danych na temat zastosowań narkoanalizy. Nie muszę dodawać, że jej stosowanie ze względów etycznych jest godne potępienia.

Przejdę teraz do omówienia kwestii wpływu na naszą psychikę deprywacji sensorycznej. Pierwszy zwrócił uwagę na to zjawisko w latach dwudziestych naszego wieku znany badacz hipnozy S. Ferenczi. W czasie swojego pobytu na Grenlandii uczestniczył w polowaniu na foki. Tak wspomina tamten epizod:
    Tuż przed południem myśliwi wypływają na swoich łódkach po foki. Następnie zamierają bez ruchu, aby ich nie płoszyć. Oślepia ich wtedy ostry blask słońca odbitego od lustra nieruchomej wody. Wokół panuje niczym nie zmącona cisza. Podczas gdy cierpliwie oczekują na wypłynięcie fok, chwyta ich paraliż, uniemożliwiający poruszanie mięśniami. Siedzą jak skamieniali i doznają uczucia, że woda podnosi się, zatapia ich, a oni nie mogą poruszyć nawet ręką. Stopniowo ogarniają ich barwne wizje. (...) Ja sam doznałem transu lub choroby łódkowej. Siedziałem w mojej łódce już od paru godzin. Ostre słońce, bezchmurne niebo, zupełna cisza i bezruch spowodowały, że mój umysł jakby zwariował. Śniłem bez spania, zmartwychwstały, zapomniane epizody z mojego dzieciństwa. Nagle wielkie tajemnice stały się na moment jasne dla mnie. Później uświadomiłem sobie, że znajdowałem się w nienormalnym stanie, zbliżonym do hipnozy. Nie mogę opisać dokładnie uczucia, które wtedy przeżywałem. Wyglądało na to, jakby moja dusza została uwolniona z ciała, życia, obowiązków i wzbiła się w górę. Mogłem oglądać samego siebie siedzącego nieruchomo w łódce. Zbliżyłem się wtedy do zrozumienia tajemnic niedostępnych dla mnie w normalnym życiu...

Każdemu z nas podobne doznania są dostępne, a nawet wielokrotnie je przeżywamy, często pozostają jednak niezauważone. Na przykład, gdy wędkarz łowi ryby, koncentruje się tylko na spławiku. Inne bodźce wzrokowe nie odwracają jego uwagi, na słuch działa uspokajający szum wody. Wtedy może doznać wrażenia, że poziom wody podnosi się. Wystarczy jednak drobny ruch głowy, aby iluzja zniknęła.

Również wielu kierowców doświadcza analogicznych przeżyć podczas jazdy autostradą w nocy. Dookoła panuje ciemność, jedynie wstęga drogi jest oświetlona reflektorami samochodu, a pracujący silnik wydaje jednostajny, uspokajający pomruk. Kierowcy często nie pamiętają później, jak przebyli długie odcinki drogi. Wydaje im się, że spali lub zamyślili się do tego stopnia, że przestali reagować na to, co dzieje się na zewnątrz. A przecież prawidłowo reagowali wtedy na sytuacje drogowe. Jest to zjawisko zbliżone do spontanicznej amnezji zdarzeń z okresu transu hipnotycznego.

Opisane zjawiska są efektem ograniczania stymulacji zmysłowej lub monotonnego powtarzania się tych samych bodźców o umiarkowanym natężeniu. Człowiek może prawidłowo funkcjonować bez stałego dopływu bodźców zmysłowych. Gdy zostanie ich pozbawiony lub ilość ich jest niewystarczająca, pojawia się szereg zaburzeń.

W 1949 roku przeprowadzono opisany przez Donalda Hebba eksperyment, w którym płacono studentom 20 dolarów dziennie za to, że przez 8 godzin dziennie nic nie robili. Leżeli w wygodnych łóżkach z oczyma przysłoniętymi półprzezroczystymi okularami (przepuszczały światło, lecz uniemożliwiały spostrzeganie kształtów) z przymocowanymi na rękach specjalnymi cylindrami (badany mógł poruszać ręką, lecz nie doznawał żadnych dotykowych wrażeń), z założonymi na uszy słuchawkami, w których stale było słychać brzęczenie. Warunki eksperymentu zezwalały jedynie na spożycie posiłku i wyjście do toalety. Tylko niewielu studentów mogło wytrzymać taką monotonię przez więcej niż dwa lub trzy dni. Górna granica wyniosła sześć dni. Badani chętnie słuchali czegokolwiek, co przerywało tę monotonną sytuację - nawet dziecięcego gaworzenia, którego unikaliby w normalnych warunkach. W końcu odczuwali nieodpartą chęć patrzenia, słyszenia, normalnej aktywności. Skarżyli się na niemożność logicznego myślenia, byli mniej sprawni w rozwiązywaniu prostych zadań i pojawiały się u nich omamy. Jeden widział szeregi żółtych ludzików w czarnych czapkach, inni maszerujące wiewiórki z workami na plecach lub prehistoryczne zwierzęta w dżungli. Sceny te opisywali jako podobne do filmów rysunkowych. Występowały również omamy czuciowe. Odczuwali np. jakby mieli dwa ciała, czuli oddzielanie się głowy od reszty ciała. Niektórzy badani podawali, że mieli wrażenie, iż ich umysł odłącza się od ciała i mogą obserwować samych siebie leżących nieruchomo na łóżku.

Eksperyment Hebba uważany jest w tej dziedzinie za pionierski. Wiele ośrodków naukowych, zwłaszcza w Kanadzie i USA, podjęło później badania nad deprywacją sensoryczną. Miały one ogromne znaczenie praktyczne. Rozwój cywilizacji zmusza bowiem człowieka do działania w tzw. “sztucznych warunkach”, charakteryzujących się ograniczeniem dopływu bodźców zmysłowych. Dzieje się tak także podczas przebywania w szpitalu lub więzieniu. W jeszcze większym stopniu narażeni są na to zjawisko kosmonauci i lotnicy, wykonujący loty bez widoczności ziemi. Nie można zapominać o załogach okrętów podwodnych, mieszkańcach schronów i uwięzionych podczas katastrof górnikach kopalni głębinowych.

Szczególne zainteresowanie problematyką izolacji przejawia kosmonautyka. Powodzenie długotrwałych lotów kosmicznych z załogą ludzką w dużej mierze uzależnione jest od wyeliminowania deprywacji sensorycznej.

Najbardziej wyrafinowane badania nad deprywacją sensoryczną zapoczątkowano w Veterans Administration Hospital of Oklahoma City. Ograniczano w nich wszystkie rodzaje bodźców zmysłowych. Osoby badane, nagie, zaopatrzone tylko w maskę tlenową, zanurzone były w wodnym roztworze soli fizjologicznej o takim stężeniu, że całe ciało człowieka utrzymywało się tuż pod powierzchnią. Temperatura wody odpowiadała temperaturze ciała. Basen znajdował się w ciemności. Eksperymentator noktowizyjnie (w paśmie promieniowania podczerwonego) kontrolował zachowania uczestników eksperymentu. Taka sytuacja redukowała praktycznie do minimum nie tylko bodźce wzrokowe, słuchowe i dotykowe, ale także odczucia ciężaru i położenia przestrzennego własnego ciała. Poddający się eksperymentowi już po kilkudziesięciu minutach doznawali licznych halucynacji wzrokowych i słuchowych, mieli zaburzoną zdolność myślenia logicznego, tracili poczucie czasu i położenia własnego ciała. Przeżywali silny lęk, stopniowo pojawiały się u nich mimowolne skurcze i drgawki mięśniowe. W miarę upływu czasu coraz trudniej oddychali, a funkcje poszczególnych narządów wewnętrznych rozregulowywały się. Żaden z badanych nie był w stanie wytrzymać w takiej sytuacji dłużej niż 6 godzin. Po zakończeniu badania przez kilkanaście minut widzieli wszystko dwuwymiarowo, a poziom ich logicznego myślenia był znacznie obniżony.

Od dwudziestu paru lat prowadzi się badania kosmonautów w warunkach lotów orbitalnych. Stwierdzono, że deprywacja doznań grawitacyjnych, a także ograniczenie innych bodźców wywołuje u kosmonautów szereg efektów. Na przykład w czasie orbitowania Jegorowa i Fieokistowa jednemu z nich wydawało się, że znajduje się głową w dół, drugiemu, że głową w górę. Kiedy Jegorow siedząc w fotelu zamykał oczy, od razu doznawał uczucia obrotu do tyłu. Gdy tylko otwierał oczy, iluzja znikała.

Amerykański kosmonauta Grissom, odbywający lot w ramach programu “Merkury”, doznał w nieważkości zawrotów głowy. Wnętrze kabiny zaczęło mu wirować przed oczami z dużą szybkością, a on sam miał uczucie spadania w otchłań bez dna. Ponadto szybko rozwinęły się u niego symptomy “choroby morskiej”.

W przeważającej liczbie przypadków iluzje u kosmonautów przebywających w nieważkości dotyczą uczucia spadania lub zawieszenia głową w dół. Niekiedy doznania takie miały skrajnie silne natężenie. Towarzyszyły im: przerażenie, krzyki i bezładne miotanie się po kabinie. Jeden z kosmonautów opisuje swoje doznania:
    (...) Przed startem byłem spokojny, mogłem spokojnie rozmawiać. Od pierwszych sekund nieważkości poczułem, że spadam w dół. Wydawało się, że wszystko wokół się wali. Ściany kabiny, grożąc zgnieceniem, zbliżały się do mnie. Następnie zaczęły się wydłużać, uciekając na wielką odległość. Ogarnęło mnie skrajne przerażenie. Nie rozumiałem, co wokół się dzieje. Nagle poczułem, jakby coś uderzyło mnie w głowę. Moje ciało z olbrzymią szybkością zaczęło krążyć po kabinie. Nie mogłem się niczego uchwycić. Obraz kabiny migotał i wirował. Cały czas oczekiwałem straszliwego uderzenia w ciało na skutek upadku. Gdy później oglądałem na taśmie filmowej samego siebie, widziałem przerażenie na swojej twarzy, podczas gdy ciało nieruchomo wisiało w kabinie.

Dezorientacji przestrzennej może doznać każdy, chodząc w gęstej mgle. Lotnicy znają uczucie utraty orientacji co do położenia statku powietrznego względem Ziemi podczas lotów bez jej widoczności. Sam przeżywałem to zjawisko, wykonując szybowcowe loty w chmurach. Miałem np. wyraźne uczucie krążenia w lewo, podczas gdy przyrządy wskazywały na obrót w przeciwnym kierunku. Wylatując z chmury każdorazowo stwierdzałem, że to przyrządy miały rację, a nie mój błędnik. Piloci samolotowi w trakcie długotrwałych nocnych lotów tracą często poczucie położenia własnego ciała względem ziemi i za punkt odniesienia przyjmują kabinę. Wydaje im się, że lecą prawidłowo, gdy w rzeczywistości lot odbywa się głową w dół. Nie reagują na wskazania przyrządów, co może się zakończyć katastrofą.

Jest jeszcze jedno zjawisko, o którym chciałem tu napisać, chociaż, moim zdaniem, nie ma ono nic wspólnego - poza nazwą - z hipnozą. Chodzi mianowicie o tzw. hipnozę zwierząt.

Jedną z pierwszych publikacji na ten temat był opis doświadczenia wykonanego w 1646 roku przez austriackiego mnicha D. Schwentera. Równocześnie z nim podobne badania prowadził A. Kircher. Ich przebieg nie różni się od tych dzisiaj demonstrowanych. A wygląda to następująco. Na czarnym stole kładzie się kurę ze związanymi łapami i przytrzymuje się ją przez pewien czas w pozycji głową w dół. Jeżeli następnie od głowy kury nakreślić kredą długą linię, a ją samą rozwiązać i puścić, to pozostanie ona w bezruchu przez dłuższy czas wpatrzona w wykreśloną linię. Postępując delikatnie, można zmienić położenie kury, np. posadzić ją, a mimo to ona nie poruszy się. Podniesiona łapa pozostanie w nadanej pozycji, przekręcony łeb także nie zmieni ułożenia. Ponadto kura zupełnie nie reaguje nawet na silne bodźce bólowe (kłucie, parzenie). Gdy, jak to robił Danilewski, dać jej do wdychania jakąś substancję drażniącą lub odurzającą, nie wykona żadnego ruchu obronnego. Wprawione w taki stan zwierzę po pewnym czasie otrząsa się i stopniowo wraca do normalnego stanu. Im częściej powtarza się to doświadczenie z danym zwierzęciem, tym łatwiej daje się ono wprowadzić w trans, który trwa coraz dłużej.

Od A. Kirchnera pojawiło się w literaturze naukowej ponad 700 doniesień dokumentujących reakcje hipnotyczne u ponad 50 różnych gatunków, między innymi owadów, skorupiaków, ryb, gadów, ptaków, ssaków, w tym i naczelnych. Wszyscy autorzy podejmujący to zagadnienie są zgodni, że typowa reakcja hipnotyczna zwierząt polega na stanie zupełnego bezruchu, który może trwać od kilku minut do nawet wielu godzin. Ale zastygłe w bezruchu ciało nie jest jedyną reakcją zahipnotyzowanych zwierząt. Często zamykają one oczy, co daje wrażenie snu lub śmierci. Do innych zmian zaliczyć można wzrost częstości skurczów serca, przyspieszenie oddechu, zmiany w aktywności bioelektrycznej mózgu, woskowatą gibkość (ciało pozostaje w nadanej mu pozycji), a w krańcowych przypadkach zesztywnienie wszystkich mięśni. Nie zauważono jednak objawów utraty przytomności pomimo braku reakcji na bodźce.

Przez wiele lat wywołany bezruch zwierząt utożsamiano z hipnozą u człowieka. Dopiero rozwój badań w tym zakresie pozwolił na jednoznaczne stwierdzenie, że mamy tu do czynienia ze zjawiskiem odruchowego, kataleptycznego znieruchomienia wywołanego silnym, nagłym bodźcem, a nie sugestią. Najpopularniejsza obecnie teoria mówi, że znieruchomienie to jest wynikiem odruchowej reakcji obronnej na sytuację zagrażającą, w której inne metody obronne zawiodły. Znieruchomienie bowiem powoduje często, że drapieżnik porzuca swoją ofiarę. Wiele kur zawdzięcza życie takiej reakcji w starciu z psem. Także koty zostawiają często znajdującą się w bezruchu mysz. Dzieje się tak, gdyż wiele drapieżników zdradza niechęć do spożywania martwej ofiary, a więc symulacja śmierci może zwiększyć szansę przeżycia. Tak zwana hipnoza zwierząt może być ostatnią reakcją obronną z serii możliwych do zastosowania (ucieczka, walka itp.). Dotyczy organizmów na różnych szczeblach rozwoju ewolucyjnego poczynając od dżdżownic, poprzez owady, kijanki, kaczki, kończąc na ssakach naczelnych.






Przypisy:


  1. Osoby zainteresowane tą problematyką mogą skorzystać z kompetentnych opracowań na ten temat: S. Siek, “Treningi relaksacyjne”, ATK, Warszawa 1990 oraz: [red.] St. Grochmal, “Ćwiczenia relaksowo - koncentrujące”, PZWL, Warszawa 1993.
  2. Odmianę tej metody pod nazwą “BLACK and WHITE” stosuje w Krakowie (AWF) dr Dorota Zarawska -Piotrowska.






Oceń artykuł:


Skomentuj artykuł
Zobacz komentarze do tego artykułu

  • RE: Nie tylko hipnoza

    Autor: gregoriosereno   Data: 2012-01-07, 20:46:40               Odpowiedz

    Dla tych, którzy chcą się przekonać jakie to jest uczucie spędzić parę chwil w stanie nieważkości w kabinie relaksacyjnej (niegdyś znane jako komory deprywacyjne) to mogę zdradzić, że już niebawem otwiera się pierwszy salon spa w Warszawie oferujący sesje floatingowe. Więcej informacji można znaleźć... Czytaj dalej

Zobacz więcej komentarzy